Jednym z gości ostatniej audycji „Studio Dziki Zachód” radia Wnet FM był Wojciech Cejrowski, który ostro skomentował postawę rządu wobec ustawy 447 o roszczeniach żydowskich.

 

W rozmowie z Krzysztofem Skowrońskim, znany podróżnik zarzucił władzom brak reakcji w sprawie wejścia w życie ustawy 447. Jak mówi dziennikarz, takie zachowanie jest wręcz oburzające.

 

– Mnie od początku wkurzało to, że polskie instytucje nic nie zrobiły. Nie zatrzymały tego przed uchwaleniem, nie kontestują tego przed ratyfikacją, po prostu nic nie robią na żadnym etapie – zarzucał Cejrowski.

 

Jak mówi dziennikarz, są jeszcze szanse, by powstrzymać tę ustawę, ale wymaga to sporego zaangażowania politycznego i sprytu.

 

– Teraz to jest bardzo trudno cofnąć, jak już jest uchwalone, bo musielibyśmy wylobbować kolejną ustawę, przeciwko największemu sojusznikowi Stanów Zjednoczonych. Karkołomne… – kontynuował.

 

Jako rozwiązanie problemu Cejrowski proponuje zmuszenie przykładowo w roku wyborczym parlament amerykański do „przegłosowania kolejnej ustawy 448, która nie dotknie tamtej, ale zabezpieczy sprawy polskie. Jakaś ustawę następna, która w pewny sposób podważy, bądź uściśli poprzednią ustawę”.

 

Źródło: nczas.com

EM

Rumuński Senat odrzucił projekty ustaw o związkach partnerskich – akty te uwzględniały m.in. przywileje dla par homoseksualnych.

 

Projekt ten przedstawiony został przez Sojusz Liberałów i Demokratów i obejmował uznanie związków partnerskich dwóch osób tej samej lub różnej płci jako rodzinę tworzącą wspólne gospodarstwo domowe i planującą wspólne życie. Taka para byłaby m.in. zobowiązana do wspólnego wychowywania swoich dzieci.

 

W innym projekcie planowano traktowanie przemocy w takich związkach tak jak domowej, zawierał on także prawo do dziedziczenia na takich samych warunkach jak heteroseksualne pary. Projekt obejmował także przywileje socjalne i podatkowe tak jak w innych małżeństwach. Wszystkie projekty zostały jednak odrzucone przez rumuński Senat.

 

Rozmowy na temat związków partnerskich zainicjował Liviu Dragnea, szef Partii Socjaldemokratycznej i przewodniczący niższej izby rumuńskiego parlamentu. W reakcji na dążenie do zmiany konstytucji rumuńskiej, organizacje pozarządowe doprowadziły do głosowania, które miało zadecydować o skonkretyzowaniu znaczenia małżeństwa w konstytucji, w ten sposób, aby nie było żadnych wątpliwości, że to związek kobiety i mężczyzny. Ostatecznie wyniki referendum okazały się jednak nieważne z powodu zbyt małej frekwencji.

 

Źródło: nczas.com
Fot.: flickr.com
EM

31 marca środowiska polonijne z USA zorganizują demonstrację przeciwko prawu 115-171 (Act S.447) oraz bierności polskiego rządu w sprawie roszczeń żydowskich.

 

Ustawa 447 ma na celu sprawdzenie, czy i na jakiej podstawie obywatele USA pochodzenia żydowskiego mogą domagać się odszkodowania za Holokaust. Weryfikacji tej podlegać będzie także Polska.

 

Wśród organizatorów protestów znaleźli się: Komitet Ochrony Pomnika Katyńskiego i Obiektów Historycznych (New Jersey), Polish American Strategic Initiative, Narodowe Siły Zbrojne Nowe Pokolenie (Chicago, Illinois), Polish Heritage Council of North America, Inc. (New York), a także Polish American Congress of Southern California (California).

 

Jak poinformowano na stronie isakowicz.pl, ustawa 447 oraz brak działania rządu to nie jedyne powody do protestów. Demonstranci walczyć będą także przeciw napaściom słownym na Polskę. Mowa tu przede wszystkim o politykach Izraela i Stanów Zjednoczonych, którzy zakłamują prawdę historyczną i oskarżają nasz kraj o współudział w Holocauście.

 

– Tymczasem, polskie władze wydają się lekceważyć fakt istnienia prawa 115-171 (Act S.447) i zamilczają jego znaczenie, przekonując opinię publiczną, że nie będzie ono miało żadnych praktycznych konsekwencji dla Polski i Polaków. Stojąc wobec tego monumentalnego wyzwania, apelujemy do patriotycznych środowisk polskich i polonijnych w Stanach Zjednoczonych i na świecie do podjęcia z nami akcji protestacyjnej w tym zakresie, a media do rzetelnego przekazu informacji – podkreślili organizatorzy.

 

Już wcześniej, tuż po uchwaleniu amerykańskiej ustawy JUST,  przed całym zajściem ostrzegał Stanisław Michalkiewicz. Jak mówił, ustawa 447 może doprowadzić do żydowskiej okupacji w Polsce. Roszczenia żydowskie wobec Polski zostały oszacowane przez Światową Organizację Restytucji Mienia Żydowskiego w liście do Ministerstwa Sprawiedliwości na kwotę w wysokości biliona złotych, co w przeliczeniu daje około 300 miliardów dolarów. Jak podkreślał publicysta „Najwyższego Czasu!”, jest to trzykrotna wartość naszego budżetu.

 

– Jeżeli te roszczenia mają być zrealizowane, to oczywiście nie w gotówce, bo nie jesteśmy w stanie wygenerować takiej kwoty, nawet w transzach, bez spowodowania natychmiastowej katastrofy ekonomicznej. Skoro nie w gotówce to w naturze – nieruchomościach. I pytanie… czy zasoby Własności Agencji Rolnej Skarbu Państwa i Lasów Państwowych wystarczą? Nie – mówił w programie „W podwójnym nelsonie” na antenie wSensie.

 

– Trzeba będzie sięgnąć po nieruchomości w miastach i miasteczkach. To oznacza, że środowisko żydowskie, obdarowane majątkiem takiej wielkości, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, zbuduje dominującą pozycję ekonomiczną, która natychmiast przełoży się na dominującą pozycję polityczną. To się nazywa okupacja. Będziemy mieli szlachtę jerozolimską – kontynuował.

 

 

Źródło: nczas.com; natemat.pl; Twitter – @IsakowiczZalesk
Fot.: Twitter – @IsakowiczZalesk
EM

Portal niezalezna.pl ujawnia – Rada Ministrów przyjęła dziś przygotowane w Ministerstwie Sprawiedliwości zmiany w prawie, które pozwolą ukrócić oszukańczy proceder „przekręcania” liczników w używanych autach, które mają być sprzedane.

Samochodowi kanciarze w Polsce są praktycznie bezkarni. Ofiarą oszustów padają nieświadomi nabywcy, którzy na zakup samochodów wydają często ostatnie oszczędności. Jak podkreślał Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro, konsekwencje bezradności państwa wobec takiego procederu ponoszą uczciwi obywatele przepłacający za pojazd, który nie nadaje się do jazdy albo samochód „po przejściach”.

W myśl przyjętego przez rząd projektu nowelizacji ustawy Prawo o ruchu drogowym i ustawy Kodeks karny, za każde „przekręcenie” licznika będzie grozić kara więzienia od 3 miesięcy do 5 lat – zarówno dla zlecającego oszustwo, jak i wykonawcy, np. mechanika w warsztacie. Dziś niektóre warsztaty wręcz oferują taką „usługę”.

Kara grzywny do 3.000 zł będzie grozić także wtedy, gdy właściciel samochodu nie zgłosi w stacji kontroli pojazdów faktu wymiany całego licznika na nowy (np. z powodu awarii).

Stacje kontroli pojazdów już teraz muszą przekazywać do Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców stan licznika odczytany podczas obowiązkowych przeglądów technicznych pojazdów. Po zmianie przepisów stacje będą przekazywać do centralnej ewidencji także informację o wymianie licznika i jego przebiegu w chwili odczytu przez diagnostę.

Projekt ustawy przewiduje ponadto, że przy każdej kontroli policja, Straż Graniczna, Inspekcja Transportu Drogowego, Żandarmeria Wojskowa i służby celne będą miały obowiązek spisywania aktualnego stanu licznika kontrolowanego samochodu. Te dane będą też trafiać do centralnej ewidencji pojazdów.

W ten złożony sposób kontroli można będzie porównywać kolejne odczyty i efektywniej wykrywać oszustwa.

Podobne rozwiązania funkcjonują od dawna w państwach Europy Zachodniej. Przykładem jest najbliższy zachodni sąsiad, Niemcy, gdzieza fałszowanie wskazań licznika przebiegu kilometrów w samochodzie można dostać 5 lat więzienia.

Źródło: niezalezna.pl
fot. Wikipedia Commons

Jak podaje tvp.info, w węgierskiej ustawie, której projekt przedłożył minister sprawiedliwości Laszlo Trocsanyi, zapisano, że prawo do ochrony życia prywatnego można ograniczać tylko w celu korzystania z innych podstawowych praw lub ochrony konstytucyjnych wartości.

W ustawie za część prawa do uszanowania życia prywatnego uznano ochronę imienia, danych osobowych, tajemnicy prywatnej, wizerunku i nagrań dźwiękowych oraz honoru i dobrego imienia.

Ustawa stanowi również, że każdy ma prawo do spokoju w domu, a złamaniem tego prawa jest m.in. wtargnięcie do niego lub inna bezprawna ingerencja odbywająca się w sposób obraźliwy albo dokuczliwy. Załączono w niej, że każdy człowiek ma prawo do poszanowania jego życia prywatnego i rodzinnego.

Nowe prawo stanowi, że osobistości oficjalne są uprawnione do takiej samej ochrony, co osoby prywatne, ale tylko poza dyskusjami dotyczącymi spraw publicznych. Jak pisze tvp.info: „Działania tych osobistości w życiu prywatnym lub informacje na ten temat nie powinny być udostępniane publicznie”.

Po długiej 8-godzinnej debacie, Kneset przegłosował kontrowersyjne nacjonalistyczne prawo. Przeciw przyjęciu ustawy głosowało 55 izraelskich parlamentarzystów, a 62 zagłosowało za przyjęciem ustawy.

 

Wprowadzone zapisy prawne uderzają w ludność palestyńską. Ich treść mówi, że Izrael jest „państwem narodu żydowskiego”, a „zjednoczona Jerozolima jest stolicą państwa”. Jak widać władze Izraela idą kolejny krok dalej w zawłaszczaniu palestyńskich ziem.

 

To jednak nie wszystko. W treści tej kontrowersyjnej ustawy pojawia się również zapis, zgodnie z którym „rozwój osadnictwa żydowskiego leży w narodowym interesie”. Według nowego prawa język hebrajski ma być jedynym uznawanym za urzędowy w tym państwie. Dotychczas również arabski był uznawany za takowy.

 

Nawet izraelskie media nazywają tą ustawę kontrowersyjną, relacjonując 8-godzinną burzliwą debatę jaka miała miejsce przed głosowaniem. Lokalna opozycja mocno krytykowała rządzących i składała poprawki do zapisów ustawy.

 

– Uchwaliliście prawo apartheidu, rasistowskie prawo. Dlaczego boisz się języka arabskiego – można było usłyszeć wśród krzyków skierowanych do izraelskiego szefa rządu przez arabskich parlamentarzystów po przeprowadzaniu głosowania.

 

Benjamin Netananjahu natomiast, nazwał Izrael „jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie”.

 

– To jest decydujący moment w historii państwa Izrael – mówił premier Netanjahu, nie kryjąc zadowolenia z przegłosowanych zmian.

 

Agencja AFP zauważa, że nowe przepisy wchodzą w życie pomimo tego, że Palestyńczycy już i tak od lat mocno skarżą się na swoją sytuację. Mają oni gorszy dostęp do służby zdrowia, edukacji czy też mieszkań. Są oni traktowani jako ludzie gorszej kategorii przez okupujący te palestyńskie ziemie Izrael.

 

Pod koniec zeszłego roku, Jerozolimę za stolicę państwa Izrael uznał prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Wywołało to zamieszki i protesty Palestyńczyków. Takiej samej decyzji nie podjęła jednak zdecydowana większość państw na świecie.

 

 

W zeszłym tygodniu Sejm przegłosował poprawkę wprowadzoną do nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Zrezygnowano z zapisów mówiących o możliwości stosowania środków karnych polegających na pozbawieniu wolności oraz grzywny wobec osób przypisujących narodowi współsprawstwo w zbrodniach nazistowskich Niemiec. Argumentowano to faktem, że i tak były one trudne do egzekwowania a powodowały pogorszenie relacji dyplomatycznych nie tylko z Izraelem, ale również z USA. Nadal jednak państwo zachowuje środki cywilno-prawne mogące posłużyć do dochodzenia prawdy oraz rozliczania ludzi szerzących kłamstwa na temat polskiej historii. Nowelizacja ustawy o IPN określa również jednoznacznie rzeź wołyńską ludobójstwem i penalizuje banderyzm.

 

Po uchwaleniu nowelizacji, premierzy Polski i Izraela wystosowali wspólne oświadczenie. Przy jego okazji, Benjamin Netanyahu przyznał, iż antysemityzm stoi na równi z antypolonizmem, a przypisywanie Polakom odpowiedzialności za tworzenie obozów zagłady jest czymś niesprawiedliwym oraz umniejszającym odpowiedzialności prawdziwych sprawców- Niemców. Deklaracja premierów Morawieckiego i Netanyahu oraz polska nowelizacja ustawy o IPN nadal jednak wywołuje sporo kontrowersji, a z krytyką spotyka się zarówno władza w Tel Awiwie, jak i w Warszawie. O uspokojenie napięć w relacjach polsko-izraelskich mocno apelować miały Stany Zjednoczone nawołując do pokojowego zakończenia rozmów obydwu stron.

 

W Izraelu krytycznie do oświadczenia oraz finału rozmów na linii polsko-izraelskiej odniosła się tamtejsza lewicowa opozycja. Netanyahu został skrytykowany dość szybko ow izraelskich mediach kojarzonych ze środowiskiem lewicowym. Premierowi Izraela zarzucano tam zbytnią uległość wobec Polaków. Okazało się jednak, że także część izraelskich środowisk prawicowych ocenia tą sytuację krytycznie traktując deklarację wygłoszoną przez Benjamina Netanyahu wspólnie z Mateuszem Morawieckim niejako jako zdradę.

 

W Polsce także nadal słychać głosy krytyczne wobec polskiego rządu. „Totalna opozycja” atakowała premiera Morawieckiego m.in. za podtrzymanie zapisów dotyczących ukraińskiego nacjonalizmu. Część przedstawicieli prawicy skrytykowało natomiast szefa polskiego rządu, uznając zmiany w nowelizacji za uległość względem Izraela.

 

Teraz negatywnie o uchwalonej nowelizacji oraz oświadczeniu premiera Mateusza Morawieckiego oraz Benjamina Netanyahu wypowiedział się Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Yad Vashem. Jego przedstawiciele uważają, że pomimo wprowadzonej poprawki, w ich mniemaniu nowelizacja ustawy o IPN nadal jest „walką przeciwko historykom i innym badaczom Holokaustu”.

 

W tej sprawie instytut opublikował specjalne oświadczenie. Wspólna deklaracja premierów Polski i Izraela określona jest w jego treści jako zawierająca „wysoce problematyczne sformułowania, które przeczą wiedzy historycznej w tej dziedzinie.

 

Cały tekst oświadczenia Instytutu Yad Vashem znajduje się poniżej.

 

https://twitter.com/noa_landau/status/1014831635500535810

 

 

 

Jak uczy historia, czas wielkich klęsk zawsze budzi ogólnonarodową refleksję. Nie ważne czy są one tylko klęskami sportowymi, jak miało to miejsce na piłkarskim mundialu, czy dotyczą one jedynie sfery artystycznej – vide ostatni konkurs Eurowizji, czy też związane są z poważnymi poczynaniami, jak choćby z tymi politycznymi na arenie międzynarodowej. Każdy wymiar publicznego upadku, na ogół uważnie obserwowany przez nie zawsze przychylnych nam przecież sąsiadów, powoduje w nas naturalną frustrację, ale niemal równocześnie potrzebę zdefiniowania przyczyn zaistniałej sytuacji. O ile jednak sprawy boiskowe czy estradowe nie mają w dłuższej perspektywie wartego odnotowania wpływu na geopolityczną pozycję naszej ojczyzny, o tyle potknięcia na płaszczyźnie relacji międzypaństwowych mogą mieć w tym ujęciu bardzo poważne konsekwencje.

 

Niestety okres ostatnich miesięcy to pasmo kilku naprawdę dotkliwych porażek ekipy rządzącej, których bagatelizowanie z punktu widzenia polskiej racji stanu może prowadzić do dalszego spustoszenia, nie tylko na odcinku wizerunku państwa, ale przede wszystkim w obszarze jego już znacząco nadwątlonej suwerenności. Przewrotnie zaczęło się dość optymistycznie – uchwaleniem na przełomie stycznia i lutego 2018 roku długo wyczekiwanej, choć jak się później okazało nie do końca przygotowanej, noweli ustawy o IPN. Co ciekawe, przy jej wielomiesięcznym konsultowaniu najbardziej obawiano się reakcji państwa, którego moc sprawcza – delikatnie pisząc – jest co najmniej dalece nieprzekonująca, żeby nie napisać – żadna. W rozważaniach natomiast kompletnie pominięto – celowo lub przez zaniechanie – możliwą reakcję naszego głównego tzw. “strategicznego sojusznika”, na którego politykę od wielu dekad przemożny wpływ posiada lobby pewnego stosunkowo młodego, acz liczącego się – i to nie tylko na Bliskim Wschodzie –  kraju.

 

Zanim prezydent podpisał rzeczoną nowelizację, w wielu miejscach świata doszło do dywanowych wręcz ataków medialnych na Polskę przeprowadzonych z inspiracji wspomnianych środowisk. Przedstawiciele obozu obecnie rządzącego w kraju nad Wisłą zdawali się być całkowicie zaskoczeni takim obrotem sprawy, a zaskoczenie w polityce, jak powszechnie wiadomo, to rzecz niewybaczalna, a porównać ją można na przykład do braku przygotowania kondycyjnego wśród piłkarzy na mundialu lub wokalnego w gronie festiwalowych wykonawców.

 

I tak oto, raptem w ciągu kilku tygodni niespecjalnie zorientowany w temacie politycznych mistyfikacji polski wyborca zobaczył obraz, który był przed nim umiejętnie skrywany co najmniej od roku 1989. Okazało się bowiem, że w trybie ekspresowym pod pręgierzem zmanipulowanej przez potężne koncerny medialne międzynarodowej opinii publicznej znalazła się Polska – jako kraj rzekomo współodpowiedzialny za holokaust. Wielu z nas zadawało sobie wówczas pytanie – jak to możliwe?

 

Większość zdziwionych stanowili jednak ludzie żyjący od wielu lat w błogim przeświadczeniu, że u boku Wuja Sama i wśród potomków przyjaciół uratowanych z czasów wojennej zagłady, nic złego Polakom przydarzyć się nie może. Jakiż musiał być kolejny etap zdziwienia, kiedy wybrany skądinąd głosami Polonii zza oceanu, nowy energiczny pierwszy Żandarm świata, bez zająknięcia, podpisał kontrowersyjną ustawę Just Act 447 otwierającą de facto drogę do wielomiliardowych roszczeni pewnej grupy sprytnych interesantów. Na tyle sprytnych, że żądających w majestacie prawa stanowionego przez siebie, zwrotu mienia bezspadkowego m.in. po niegdysiejszych obywatelach Rzeczypospolitej.

 

Tymczasem presja wpływowych środowisk narastała. Nie potrafili się tej presji niestety w żaden trwały sposób – pomimo nieustannie deklarowanych szumnych zapowiedzi – przeciwstawić przedstawiciele tzw. “zjednoczonej prawicy”. Nie mogli lub nie umieli tego skutecznie uczynić z wielu powodów. W końcu pod naciskiem obcych mocarstw, wbrew większości polskich obywateli i przy akompaniamencie zagranicznych mediów, nastąpiła w zasadzie bezwarunkowa kapitulacja w kwestii ustawy o IPN. To znaczy pewnie jakieś warunki były, ale stawiali je jak najczęściej bywa w prawdziwej polityce silniejsi – a w tym gronie kolejny raz nie było Polski. Czaru goryczy dopełnił urągający wszelkim normom cywilizowanego parlamentaryzmu ekspresowy tryb procedowania zmian w ustawie o IPN w aranżacji rodem z czasów XVIII wiecznego Sejmu niemego.

 

Patrząc na te poniżające nasz naród wydarzenia, których haniebnym ukoronowaniem był wspomniany dzień 27 czerwca 2018 roku, naszła mnie pewna paradoksalna refleksja. Oto najgorszy w tym przypadku dla Polski nie jest wcale sam fakt uległości tej czy innej partii w gruncie rzeczy wspierającej – w mniejszym lub większym stopniu, oficjalnie lub pokątnie – obce interesy. Największą obecnie tragedią w wymiarze politycznym dla milionów uczciwych Polaków jest brak realnej alternatywy wyboru wobec tych niegodnych, a trwających kolejne kadencje rządów. Polacy zamiast wybierać przedstawicieli, którzy zadbaliby o ich własny narodowy interes, w zasadzie skazani są od czasów okrągłostołowego rozdania głosować na przysłowiowe „mniejsze zło”. A z mniejszego zła, jak wiadomo, nigdy nie będzie większego dobra.

 

Dlatego tak ważną obecnie potrzebą – już nie tyle chwili, co polskiej racji stanu – wydaje się wskrzeszenie w nowym wymiarze organizacyjnym idei Narodowej Demokracji. Odbudowa zdrowej polskiej endecji, która będzie skupiać szerokie środowisko ludzi myślących samodzielnie, a przede wszystkim myślących po polsku i o Polsce, dla których pierwszą i jedyną stolicą pozostanie Warszawa, dla których euro nie oznacza złoty, imigracja nie równa się repatriacji, rozdawnictwo nie jest synonimem pracy, poddaństwo nie jest naturalną formą sojuszu, a serwilizm to nie to samo co pragmatyzm.

 

Apeluję w tym miejscu do wszystkich dobrze życzących Polsce, a w szczególności do liderów szeroko rozumianego środowiska narodowego, do wybitnych publicystów, którzy od lat propagują w swoich świetnych książkach i błyskotliwych felietonach endecką myśl polityczno-społeczną, apeluję do znamienitych ludzi nauki i kultury, którym nie jest obojętny los kraju, piszę do niezależnych przedsiębiorców, ale też do działaczy związkowych, daję to pod rozwagę naszej wspaniałej młodzieży szkolnej i akademickiej.

 

Drodzy Rodacy, może najwyższa pora w 100-lecie odzyskania niepodległości pochować choć trochę swoje własne ambicje lub odstawić osobiste swary dla dobra narodowej sprawy i na początek usiąść przy wspólnym stole obrad – niekoniecznie okrągłym, ale na pewno patriotycznym – aby z pomocą Bożą dać być może początek nowej Narodowej Demokracji?

 

Wiele dyskusji i kontrowersji wywołały wczorajsze wydarzenia w polskim Parlamencie. Dokonano bowiem korekty w nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, co udało się też przegłosować. Jak się okazuje, nie tylko w Polsce pojawiły się dyskusje i spory na temat zmian jakie zaszły.

 

Głosy ze strony opozycji totalnej nadal jednak często są mocno krytyczne wobec rządu, zarzucając zbyt szybkie tempo legislacyjnych zmian oraz brak dalej idących poprawek. Przykładowo senator Bogdan Borusewicz z Platformy Obywatelskiej zarzucił premierowi Mateuszowi Morawieckiemu brak zmian w kwestii penalizacji ukraińskiego nacjonalizmu.

 

Krytycznie na temat zmian wypowiadają się również, niektóre osoby kojarzone z prawicą. W tym przypadku jednak, rządowi zarzucają oni uległość, w związku z wprowadzeniem jakiejkolwiek korekty w zapisach nowelizacji, pomimo faktu iż ta jaka wczoraj zaszła nie stanowi wielkiej zmiany w egzekwowaniu zapisów ustawy.

 

Do przeprowadzenia takiej zmiany w dniu wczorajszym zapewne przyczynił się zbliżający szczyt NATO oraz fakt, że polskie państwo zyskuje w ostatnich latach na znaczeniu w ramach struktur Sojuszu Północnoatlantyckiego. Nad Wisłą stacjonują amerykańscy żołnierze w celu zapewnienia obrony wschodniej flanki NATO. Wczoraj informowaliśmy również, że w Bydgoszczy powstać ma centrum gier wojennych, usprawniające przeprowadzanie ćwiczeń w zakresie koalicyjnej interoperacyjności bojowej.

 

Doniesienia izraelskich mediów mówią o tym, że przy okazji negocjacji na linii Warszawa-Tel Awiw, sporą rolę odegrał Waszyngton. Władze USA miały bowiem naciskać zarówno na stronę izraelską, jak i polską, aby prowadzone rozmowy zakończyły się poprawą stosunków polsko-izraelskich oraz uspokojeniem rozognionej atmosfery wokół tematu zmian w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej.

 

Finał, a także efekty tych rozmów podobnie jak w Polsce, wywołały również dyskusje i spory w Izraelu. Część społeczeństwa uważa, że rząd premiera Benjamina Netanjahu odniósł sukces, pojawiają się jednak też głosy krytyczne.

 

Izraelskiego premiera źle oceniają w tej sytuacji głównie przedstawiciele tamtejszej lewicy. Uważają oni, że nie doszło tutaj do uległego działania ze strony Polski, a właśnie izraelskich władz wobec Polaków.

 

– To nie jest ustępstwo Polski tylko ustępstwo Izraela – stwierdził polityk izraelskiej opozycji Yair Lapid.

 

Słowa przedstawiciela izraelskiej lewicy, krytyczne wobec władz w Tel Awiwie padły przy okazji wypowiedzi dla jednej z izraelskich rozgłośni radiowych.

 

– Ostrzegałem premiera przed negocjacjami z Polakami. Anulowali pozbawiony znaczenia zapis o odpowiedzialności karnej. Powinniśmy żądać anulowania całej ustawy. Niepokoi sam fakt, że staliśmy się przyjaciółki takich reżimów. Moja prababcię wysłali do Auschwitz. Auschwitz jest w Polsce. Całe te negocjacje to wstyd – powiedział Lapid.

 

Podobne stanowisko zajął Ofer Aderet, będący dziennikarzem gazety „Ha’aretz”. W swoim artykule również skrytykował on izraelskich rządzących. Jego zdaniem finalnie zbytnio podkreślona została rola Polski w ratowaniu Żydów, a zbyt wycisza się kwestie rzekomego współudziału Polaków w holocauście.

 

– Netanjahu dał Warszawie prawdziwy skarb: niemal pełne uznanie polskiej narracji na temat Holokaustu – napisał dziennikarz w swoim artykule.

 

Takie krytyczne głosy ze strony miejscowej opozycji mogą dodatkowo być motywowane wczorajszym wspólnym stanowiskiem premierów Polski i Izraela, przy okazji którego szef rządu Benjamin Netanjahu przyznał, że stwierdzenie „Polskie obozy śmierci” jest niesprawiedliwe wobec narodu polskiego, a umniejsza odpowiedzialności Niemiec w przeprowadzaniu zagłady.