Stołeczna policja opisała ku przestrodze historię kobiety, która 3 grudnia za kurs z Dworca Centralnego do hali Woli (odcinek 8 km) musiała zapłacić sumę aż 560 złotych.

 

Taką kwotę usłyszała Ukrainka, która przyjechała w odwiedziny do syna, mieszkającego w Warszawie. Kiedy kierowca zawiózł ją na miejsce, poinformował kobietę, że kurs kosztuje 560 złotych. Kobieta nie chciała zapłacić, mając świadomość oszustwa. Kiedy mężczyzna zablokował drzwi samochodu, kobieta dała mu jednak wszystkie pieniądze, które miała przy sobie (200 złotych i 50 dolarów), a następnie wezwała policję.

 

Na miejsce przyjechał patrol policji, który… nie stwierdził naruszenia prawa. Kierowca miał zezwolenie na świadczenie usług, a na samochodzie widniał cennik. Według informacji stołecznej policji, taryfa dzienna wynosiła 40 zł za km, a nocna 60 zł. Dodatkowo kierowca naliczał sobie 200 zł opłaty startowej i 50 zł za…trzaśnięcie drzwiami.

 

Policja zapytana o to, czy mamy do czynienie z oszustwem, odpowiada, że takie zachowanie jest oczywiście naganne od strony moralnej, ale oni nic w tej sytuacji nie mogą zrobić. Osoba korzystająca z usług i kierowca zawierają umowę cywilnoprawną. Oznacza to, że klient, który wsiada do pojazdu, godzi się na ceny ustalone przez kierowcę.

 

AKTUALIZACJA: W pierwotnej wersji artykułu niesłusznie posłużyliśmy się terminem „taksówkarz”. Według nowych informacji mężczyzna nie był zatrudniony przez żadną korporację taksówkarską, a co za tym idzie – sformułowanie użyte przez nas w artykule było krzywdzące dla pracowników korporacji taksówkarskich. Zapewniamy, że nie mieliśmy złych intencji, a taksówkarzy – serdecznie przepraszamy.

Redakcja Prosto z Mostu.