– Wciąż nie możemy uwierzyć w to, co się stało – mówi rodzina Pani Kazimiery Zaremby z Bełchatowa. W 2012 roku 79-letnia wówczas kobieta wybrała się na parafialną pielgrzymkę do Wilna. Z podróży wróciła już tylko jej torba.

 

Wycieczka do Wilna nie była pierwszą pielgrzymką Pani Kazimiery, bowiem za sobą miała już cztery podobne wyprawy. Nic dziwnego więc, że w ostatnią podróż jechała z uśmiechem na ustach, bez najmniejszych obaw – dodatkowo, większość kompanów pielgrzymki stanowili jej dobrzy znajomi z Bełchatowa, a duchowym przewodnikiem wycieczki był ksiądz, którego uwielbiała.

 

– Ksiądz Piotr był wówczas wikarym w parafii Narodzenia NMP w Bełchatowie. Kazia znała go od kilku lat. Świata poza nim nie widziała. Nazywała go swoim synkiem, piekła mu ciasteczka. A on bardzo często odwiedzał ją w domu. To była prawdziwa przyjaźń – opowiada w rozmowie z Fakt24.pl Pan Tomasz, jeden z krewnych zaginionej (imię zmienione).

 

Na trzydniową pielgrzymkę wybrało się 55 osób. Początek podróży miał miejsce w piątek, 28 września 2012 roku. Wszystko było w porządku, aż do dnia następnego.

 

Tego dnia pielgrzymi udali się na mszę świętą do kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej.
Koniec nabożeństwa nastąpił o godzinie 14:00. W pewnym momencie uczestnicy wycieczki zdali sobie sprawę, że brakuje jednej osoby – Pani Kazimiery.

 

– Tak naprawdę do dziś nie wiemy, co się stało. Jedni mówili, że Kazia poszła na chwilę do toalety. Inni, że udała się do pobliskiego stoiska z pamiątkami. W tym czasie reszta wycieczki wsiadła już do autokaru – opowiada bliski kobiety.

 

Jak relacjonuje dalej mężczyzna, duchowny zadzwonił z autokaru na komórkę seniorki.
Jak się okazało, kobieta zostawiła urządzenie w domu, a telefon odebrała jej córka w Bełchatowie. To, co usłyszała na zawsze zostało w jej pamięci – Ksiądz powiedział, że Kazia zaginęła i odłożył słuchawkę – mówi pan Tomasz – Później kobieta, która była przewodnikiem grupy w Wilnie powiedziała nam, że autokar czekał na nią tylko 15 minut. Potem odjechał – dodaje.

 

Dlaczego autokar odjechał już po 15 minutach? Dlaczego nikt nie zaczekał na kobietę zostawiając ją samą bez telefonu, bez bagażu? W obcym mieście, kraju?

 

– Dlaczego odjechali tak szybko? Bo mieli bardzo napięty plan zwiedzania, tak przynajmniej nam powiedziano. Podobno ludzie się zbuntowali i stwierdzili, że nie po to płacili za wycieczkę, żeby marnować czas na szukanie kogoś – wyjaśnia Pan Tomasz.

 

Dramatycznego charakteru sytuacji dodaje fakt, że Pani Kazimiera wróciła… godzinę później na parking, z którego odjechał pojazd z podróżnikami. Z zapisu kamer wynika, że w akcie desperacji przerażona kobieta krążyła wokół parkingu szarpiąc za klamki innych pojazdów.
Urządzenia wychwyciły seniorkę również o godzinie 22:00 na jednej ze stacji paliw.
Do godziny 8:00 w niedzielę była widoczna na kamerach – później ślad o niej zaginął.
Nikt nie pomógł zrozpaczonej kobiecie.
Zdjęcia z monitoringu – jak mówi bliski kobiety – rodzina otrzymała dopiero po upływie 2 tygodni od momentu zaginięcia.

 

– Ksiądz nawet nie przyszedł, żeby z nami porozmawiać. Zadzwonił do nas dopiero po trzech dniach, kiedy sprawa została nagłośniona w mediach. Nie usłyszeliśmy jednak żadnych wyjaśnień ani słowa przepraszam. W ogóle nikt nigdy nie przeprosił nas za to, co się stało. Ani ksiądz, ani kuria – mówi oburzony mężczyzna.

 

– Organizatorem pielgrzymki była parafia Narodzenia NMP w Bełchatowie i to parafia bierze odpowiedzialność za organizację i przebieg pielgrzymki. Parafia nie ma obowiązku informowania o pielgrzymce kurii i w tej sytuacji kuria o niczym nie wiedziała – mówi ks. Paweł Kłys, rzecznik prasowy Archidiecezji Łódzkiej.

 

Według ustaleń, ksiądz Piotr, opiekun tragicznej pielgrzymki jest dziś proboszczem w innej parafii, również w Archidiecezji Łódzkiej.

 

O zaginięciu pani Kazimiery powiadomiona została ambasada w Wilnie, policja, a także prokuratura, jednak sprawa szybko została umorzona.

 

– Prokuratura rozpytała tylko kilka osób i umorzyła sprawę. Od pani prokurator usłyszeliśmy: „Trzeba było z babcią jechać”. I tyle. Śledczy nie ustalili nawet, kto był organizatorem pielgrzymki. Wszyscy umywają ręce – wspomina Pan Tomasz.

 

Na Litwie sprawę umorzono po trzech latach, zaś bełchatowska policja zamknęła dochodzenie po pięciu latach.

 

– Czynności w związku z zaginięciem pani Kazimiery Zaremby zostały zakończone 31 października 2017 roku. Niestety, wszelkie działania mające na celu odnalezienie kobiety nie doprowadziły do ustalenia miejsca jej pobytu. Chociaż postępowanie zostało zakończone, to teczka zaginionej wciąż jest w komendzie i w razie jakichkolwiek sygnałów poszukiwania kobiety mogą zostać wznowione – poinformowała w rozmowie z Fakt24.pl asp. Ewelina Maciejewska, zastępca oficera prasowego policji w Bełchatowie.

 

Mimo że od zaginięcia Pani Kazimiery minęło już sześć lat, bliscy kobiety nadal nie tracą nadziei na jej powrót.

 

– Budzimy się każdego dnia i wciąż nie wierzymy w to, co się stało. Nadal mamy jednak nadzieję, że Kazia się znajdzie. Chcielibyśmy chociaż dowiedzieć się co się stało, bo na słowo przepraszam przestaliśmy już liczyć – mówi rozżalony, z resztkami nadziei pan Andrzej.

 

Źródło: www.fakt.pl
Fot.: Wikipedia
EM

Do zdarzenia doszło w niedużej wsi leżącej pod Siedlcami. 24-letnia kobieta targnęła się tam na swoje życie w wyjątkowo drastyczny sposób. Wśród okolicznych mieszkańców zapanował szok po tym dramatycznym zdarzeniu. Sprawa ma być wyjaśniana.

 

24-letnia Monika D. zdecydowała się na śmierć szczególnie krwawą i tragiczną. Zakupiła ona bowiem piłę elektryczną, służącą do cięcia żywopłotów i przy jej użyciu, podcięła sobie żyły. Na tym jednak się nie skończyło. Aby mieć pewność, że zakończy swój ziemski żywot, młoda kobieta przyłożyła sobie do piły jeszcze swoją szyję.

 

Jak informuje „Super Express” zgon Moniki D. nastąpił z powodu nagłej utraty zbyt dużej ilości krwi. Policja wyjaśniać ma dokładne okoliczności tej tragedii.

 

– Nie wiemy, co skłoniło tę kobietę do samobójstwa. Sprawdzamy czy przypadkiem ktoś jej w tym nie pomógł. Namową lub w inny sposób – powiedziała komisarz Agnieszka Świerczewska z Komendy Miejskiej Policji w Siedlcach.

 

We wsi skąd pochodziła oraz popełniła samobójstwo 24-latka roznoszą się plotki na temat przyczyn jej dramatycznej decyzji. Niektórzy twierdzą, że do tragedii mogła doprowadzić zbyt duża wrażliwość młodej kobiety względem swojego wyglądu, co też mogło wiązać się z załamaniem psychicznym po nieudanej operacji powiększania piersi.

 

– Nie znałam jej dobrze, ale wiem, że była bardzo wrażliwa na punkcie swojego wyglądu. W internecie publikowała dziesiątki swoich zdjęć w różnych pozach – skomentowała jedna z osób mieszkająca w tej okolicy.

 

Aby dokładnie ocenić co stało się przyczyną śmierci oraz tak dramatycznej decyzji Moniki D., należy poczekać na ustalenia policji. Tak czy inaczej sytuacja ta jest kolejną, która pokazuje jak warto zwracać uwagę na ludzi wokół nas oraz sygnały o swoich problemach, które przekazują w rozmowach i kontaktach z drugim człowiekiem.

 

 

Źródło: o2.pl

Fot.: Pixabay

 

Do napaści na kobiety doszło w rejonie Namysłowa, położonego w województwie opolskim. Napastnika udało się zidentyfikować i zatrzymać. Okazał się nim być pracujący w naszym kraju obywatel Egiptu.

 

Jak relacjonuje jedna z kobiet, która padła ofiarą zboczeńca, choć nie zna zbytnio Namysłowa, to jednak kilka razy była w lokalu gastronomicznym, w którym jak się okazało pracował jej oprawca.

 

Kobieta opowiedziała, że do ataku na jej osobę doszło w czasie, kiedy czekała na swojego znajomego, który miał ją odebrać. Napastnik podszedł wówczas do niej, złapał za rękę i zaczął nią szarpać.

 

– Wyrwałam się, uderzyłam go w brzuch. Zamachnął się ręką, podrapał mi twarz. Uciekłam w drugą stronę – relacjonuje ofiara pochodzącego z Egiptu mężczyzny. O sprawie dowiedziała się policja.

 

– Funkcjonariusze wydziału kryminalnego ustalili, że doszło do innej czynności seksualnej – powiedział nadkomisarz Andrzej Ostrycharczyk, Komendant Powiatowy Policji w Namysłowie, w rozmowie z dziennikarzem TVP Opole.

 

Na policję postanowiła się zgłosić także inna kobieta, która również padła ofiarą Egipcjanina. Funkcjonariuszom udało się zatrzymać sprawcę napaści. Postawiono mu zarzut próby zgwałcenia dwóch kobiet. Mężczyzna przyznał się do zarzucanych mu czynów.

 

– Był zatrzymany przez 48 godzin, został zwolniony. Wyraził chęć dobrowolnego poddania się karze – wyjaśniła prok. Anita Dąbrowa-Derda z prokuratury okręgowej w Kluczborku. Stwierdziła też, że nie zaistniały w tym przypadku podstawy do zastosowania środków zapobiegawczych.

 

Obywatel Egiptu posiadać ma kartę stałego pobytu.

 

 

Źródło: dorzeczy.pl

W niektórych z europejskich krajów, nadal panuje strach przed dżihadystami, a także przedstawicielami środowisk imigranckich, które nie asymilują się z lokalną społecznością. 

 

Wśród osób szczególnie narażonych na napaści ze strony nie integrujących się przybyszów z Afryki czy Bliskiego Wschodu, są kobiety przebywające w zachodnich państwach Europy. Brutalnie potraktowana w miejscu publicznym została również w ostatnim czasie jedna z Francuzek, której sprawa bulwersuje wielu ludzi.

 

Skandaliczna sytuacja miała miejsce w jednym z pociągów kursujących z terytorium Francji do Berna w Szwajcarii. 33-letnia kobieta została zaatakowana przez mężczyzn pochodzących z Afganistanu. Pretekstem do ataku stał się dla tych „uchodźców” fakt, iż kobieta ich zdaniem miała na sobie bluzkę ze zbyt dużym dekoltem. Francuzka została obrażona najpierw słownie. Napastnicy obrzucili ją obraźliwymi określeniami i obelgami.

 

Niestety następnie imigranci dopuścili się agresji i pobili 33-latkę. Według relacji świadków, Afgańczycy bijąc kobietę mieli krzyczeć, że obraża ona Allaha. Na tym się jednak cały dramat nie skończył, ponieważ napastnicy próbowali wyrzucić kobietę z pociągu. Miało to miejsce na dworcu w Dijon.

 

Ofiarę uratowali funkcjonariusze policji zaalarmowani przez personel pracujący na kolei. Policja zatrzymała dwóch muzułmanów. Jak się okazało byli to uchodźcy z Afganistanu ubiegający się o azyl we Francji. Mają oni 19 i 23 lata.

 

W najbliższych dniach ma dojść do natychmiastowego sądzenia napastników.

 

 

Do niecodziennej sytuacji doszło na warszawskim Mokotowie, gdzie przyłapano kobietę biegającą nago wokół bloku i rozrzucającą różne przedmioty. O sprawie zawiadomiono straż miejską. Jak się później okazało, 51-latka była poszukiwana jako zaginiona w jednym z naszych krajów sąsiedzkich.

 

Zgodnie z komunikatem z portalu polsatnews.pl, strażnicy miejscy z II Oddziału Terenowego patrolowali w środę warszawską dzielnicę Mokotów. Podczas ich służby, około godziny 17.30 otrzymali zgłoszenie, że przed jedną z posesji przy ulicy Puławskiej biega naga kobieta. Rzucała ona kamieniami w okna i krzyczała coś, czego nikt nie zrozumiał.

 

Kiedy strażnicy dotarli na miejsce zdarzenia, spostrzegli 51-letnią kobietę, która rzucała różne przedmioty (między innymi koc, okulary czy portfel). Jak ustalono, dokonała ona również zniszczenia okularów innej osoby, których wartość wyceniono na więcej niż tysiąc złotych – informuje serwis polsatnews.pl.

 

Strażnicy miejscy o sprawie zawiadomili policję, która ustaliła niedługo później, że kobieta jest poszukiwana jako zaginiona w jednym z sąsiadujących z Polską krajów. Dalsze działania są obecnie prowadzone przez policjantów – poinformował portal polsatnews.pl.

25-letnia Karolina W. wystawiła swoje dziecko na portalu ogłoszeniowym. Jak wyjaśniała, zmusiła ją do tego bieda. Kobieta ma już dwójkę dzieci. Postanowiła sprzedać noworodka, w związku z czym dała ogłoszenie w Internecie. Odpowiedziało na nie polskie małżeństwo mieszkające w Holandii.

 

Kobieta nie wiedziała jednak o tym, że za handel ludźmi jej, a także trzem innym osobom grozi do trzech lat pozbawienia wolności. Jak poinformowała Prokuratura Rejonowa w Kwidzynie (pomorskie), 25-latka, będąc jeszcze w ciąży, zamierzała sprzedać swoje nienarodzone dziecko za 30 tysięcy złotych – donosi portal newsbook.pl.

 

Według Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, sprawa wyszła na jaw dzięki policjantom z KWP w Gdańsku z wydziału zwalczającego cyberprzestępczość. Funkcjonariusze na jednej ze stron internetowych natrafili na ogłoszenie, które wskazywało na to, że kobieta zamierza sprzedać swojego nienarodzonego jeszcze potomka.

 

– W ogłoszeniu podała, że sama nie może go zatrzymać, a nie chce porzucić. Poprosiła o kontakt oraz oferty. Ustalono, że na ogłoszenie to odpowiedziała para na stałe zamieszkująca poza granicami Polski. Doszło do spotkania, w którym uczestniczył również konkubent matki dziecka. Umówiono się na kwotę 30 tysięcy złotych. Miesiąc przed porodem matka dziecka i jej konkubent udali się do miejscowości na południu Polski. Tam zamieszkali w wynajętym mieszkaniu

– brzmi komunikat prokuratury w Gdańsku.

 

Dziecko urodziło się 5 marca bieżącego roku. Po trzech dniach zostało zarejestrowane w USC.

 

– Jako ojciec został wskazany mężczyzna, który odpowiedział na ogłoszenie. Rodzice biologiczni otrzymali połowę z umówionej kwoty. Druga część miała zostać przekazana po zrzeczeniu się przez matkę praw rodzicielskich. Podjęte w tej sprawie czynności zapobiegły wywiezieniu dziecka z kraju. Zostało ono odebrane i zapewniono mu opiekę. Przebywa u rodziny sprawującej nad nim pieczę zastępczą

– poinformowała prokuratura.

 

Wszystkim czterem osobom zostało zarzucone przestępstwo handlu ludźmi, za które grożą 3 lata więzienia. Ponadto, matce dziecka oraz mężczyźnie, który zarejestrował się jako ojciec dziecka, zarzucono wyłudzenie poświadczenia nieprawdy, za co grozi do 5 lat pozbawienia wolności.

 

Biologiczni rodzice przyznali się do winy i złożyli wyjaśnienia. Drugi z mężczyzn potwierdził, że wykonał zarzucone mu czyny, jednak zaprzeczył, aby zapłacił. Jego partnerka nie przyznała się do winy.

 

Wszyscy podejrzani mają obecnie dozór policyjny, zakaz opuszczania kraju i wzajemnego kontaktu między sobą. Dodatkowo, oskarżeni, którzy odpowiedzieli na ogłoszenie, muszą zapłacić grzywnę w wysokości 10 tysięcy złotych od każdego z nich.

Zdarza się w życiu, że coś, czego mocno pragniemy, nie zawsze nam wychodzi. Często trzeba być bardzo zdesperowanym, aby osiągnąć wyznaczony przez siebie cel. Przykładem tego jest pewna kobieta, która postanowiła za wszelką cenę się nie poddawać i metodą wielu prób i błędów, zdała prawo jazdy za 33 razem. Niestety, prawdopodobnie poprzez świętowanie tego sukcesu, straciła ten dokument już po dwóch tygodniach, gdyż nietrzeźwa kierowała pojazdem.

 

Pochodząca z województwa kujawsko-pomorskiego kobieta wykazała się niesamowitym hartem ducha. Za 33 razem udało jej się zdać wymarzone prawo jazdy. Istnieje teoria, że mogła ona świętować upragnione uprawnienia, ale mogła również celebrować inną okazję alkoholem.

 

Według portalu nczas.com, kobieta została zatrzymana w miejscowości Ojrzanowo przez patrol policji ze Żnina w celu kontroli drogowej, podczas której okazało się, że ma 1,5 promila alkoholu we krwi.

 

Kobieta prowadziła osobowego Forda. Jechała za szybko – przekroczyła prędkość o 23km/h.

 

Prawdopodobnie wszystko zakończyłoby się jedynie niedużym mandatem, jednak funkcjonariusze dostrzegli, że kobieta jest pijana. Badanie trzeźwości wykazało 1,5 promila alkoholu we krwi. Grozi jej zakaz kierowania pojazdami, kara grzywny, a także – w najgorszym przypadku – do dwóch lat więzienia.

 

Jak zapowiedział francuski minister spraw wewnętrznych Gerard Collomb, Francja będzie karać za seksistowskie komentarze i zaczepianie kobiet na ulicy. Grzywna wynosić będzie 90 euro.

 

Polityk zapowiedział w poniedziałek, że nowe przepisy wejdą w życie w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Nie wiadomo jednak, jak będą one egzekwowane – donosi serwis newsbook.pl.

 

Takie działania nastąpiły w wyniku niedawnego raportu grupy francuskich organów ustawodawczych. Zaproponowano w nim karę grzywny za komentarze, zachowanie lub presję seksistowską lub o seksualnym charakterze, które poniżają, upokarzają, zastraszają, są wrogie lub obraźliwe.

 

Rząd Macrona przygotowuje obecnie nowe prawo, które prawdopodobnie przedstawione zostanie w najbliższych tygodniach. Dotyczy ono molestowania i zaczepiania.

 

60-letnia mieszkanka Zielonej Góry przyjechała samochodem na komisariat w celu poproszenia o poradę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że kobieta była pijana. Grożą jej 2 lata pozbawienia wolności, kara grzywny, a także zakaz prowadzenia pojazdów.

 

Kobieta zgłosiła się na komendę policji 26 lutego około godziny 14.20. Chciała zasięgnąć porady dzielnicowego w pewnej sprawie – donosi serwis wprost.pl.

 

Policjant wyczuł od 60-latki woń alkoholu. Ponieważ zauważył wcześniej, że kobieta przyjechała na komisariat samochodem, postanowił sprawdzić jej poziom alkoholu we krwi. Jak wynikało z badania, był to ponad 1 promil.

 

Jak informuje portal wprost.pl, kobieta przyznała się do kierowania pojazdem pod wpływem alkoholu. Działania dzielnicowego polegały na zatrzymaniu prawa jazdy 60-latki. Za popełnione przestępstwo odpowie ona przed sądem.