Rząd niemieckiej Bawarii podjął decyzję w sprawie obowiązkowych lekcji z islamu dla dzieci w szkołach. Do tej pory lekcje te były jedynie dla chętnych.

 

Głównie z tego powodu, że coraz więcej dzieci w Bawarii uczęszczało na lekcje islamu zamiast zajęć z etyki. Rząd Bawarii podjął decyzję, że islam będzie przedmiotem obowiązkowym w szkołach dla wszystkich dzieci.

 

Decyzja obowiązywać będzie przez dwa lata. Okres obowiązywania prawa może zostać przedłużony.

 

Pierwszy raz lekcje islamu w postaci zajęć dodatkowych wprowadzono do bawarskich szkół około 10 lat temu. Z roku na rok coraz więcej dzieci posyłano na te zajęcia zamiast zajęć z etyki.

 

W odróżnieniu od nauki religii chrześcijańskich, dzieci na lekcji islamu są jedynie informowane o islamie, nie zaś wychowywane w tej wierze. Zajęcia prowadzone są pod całkowitą kontrolą państwa, przez państwowych nauczycieli.

 

Projekt przyjęła ciepło Wolna Partia Demokratyczna. Jak można przeczytać w oświadczeniu FDP: „Zdecydowanie opowiadamy się za pokojowym współistnieniem przedstawicieli różnych religii i nacji. A możliwość nauki islamu w niemieckich szkołach z pewnością sprzyja naszej wizji społeczeństwa”.

 

Źródło: nczas.com
fot. Wikipedia Commons
LS

Kwestia islamizacji Europy to temat, który wywołuje emocje środowisk prawicowych i patriotycznych w wielu krajach na kontynencie. Szczególnie kiedy obserwuje się w internecie sceny ukazujące, że w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii przedstawiciele muzułmańskich ugrupowań  mają coraz więcej przywilejów, w czasie kiedy często trudniej jest funkcjonować chrześcijanom.

 

W ostatnich dniach znów doszło do sytuacji, kiedy w internecie zawrzało względem postępu rozwoju islamu na zachodzie. Chodzi o wydarzenia w niemieckim Hamburgu, który od kilku lat ma poważne problemy ze zwolennikami radykalnego islamu. Budynek miejscowej świątyni, będącej niegdyś kościołem wyznania ewangelickiego została zamieniona na meczet.

 

Wyznawcy islamu zakupili ten budynek w 2012 roku. Rok później rozpoczęto prace adaptacyjne trwające przez 6 lat. Teraz jest tego efekt w postaci rozpoczęcia funkcjonowania meczetu w tym miejscu.

 

Taka zamiana nie byłą tania, ponieważ koszty wyniosły w tym przypadku 5 milionów euro. Kolejną kontrowersję stanowi tu fakt, że fundusze zainwestowały w tą inicjatywę władze Kuwejtu. Wsparły one przebudowę świątyni 1,1 mln euro. Kuwejt to państwo, które regularnie angażuje się we wspieranie rozbudowy muzułmańskich świątyń w innych krajach.

 

Na emocje ludzi świadomych europejskich korzeni działa obrazek, który pojawił się w internecie. Na świątyni w Hamburgu krzyż został zastąpiony przez złoty napis „Allah” przy okazji przejęcia budynku przez muzułmanów.

 

Wielu ludzi komentujących te zmiany w internecie, zastanawia się w jakim tempie będzie przybywać tego typu przypadków, kiedy miejsce chrześcijan będą formalnie zajmować wyznawcy islamu, dodatkowo wspierani przez obce rządy.

 

 

Źródło: wPolityce.pl ; Twitter/@WkurzonyEmeryt

Fot.: Pixabay

 

W wojnie, którą toczy islam z cywilizacją zachodnią zamachy terrorystyczne są akcjami dywersyjnymi, które odwracają uwagę od znacznie poważniejszego zagrożenia: systematycznego zasiedlania Europy przez muzułmanów. Zamachy tak absorbują uwagę nie tylko publiczności, ale też mediów, że proces zasiedlania odbywa się bez poważniejszych sprzeciwów. Islamskie ośrodki w krajach arabskich nie ukrywają, że ich celem jest podbój Europy. Osiedlanie się na naszym, kontynencie milionów muzułmanów ma doprowadzić do ustanowienia tu ich władzy oraz prawa szariatu. Europa ogłosiła wojnę z terroryzmem. W wojnie tej wróg został błędnie zdefiniowany. To nie terroryzm, ale arabski islam w wersji wahabickiej i salafickiej toczy wojnę z Europą. Terroryzm to tylko dywersja.

 

Serce wędruje z miasta do miasta

Zamach terrorystyczny jest spektaklem. Po każdym aktywizują się media. Świadkowie demonstrują emocje, a zaraz potem kto tylko zdoła się dopchać przed kamery lub na  łamy komentuje wydarzenie z wielkim zapałem. Publicyści, specjaliści od terroryzmu, polityczni propagandyści oraz politycy mają kolejną okazję lansowania się. Spece od terroryzmu powtarzają ze smakiem wciąż te same prawdy: celem terrorystów jest zastraszenie, a my się zastraszyć nie damy. Mistrzowie surwiwalu radzą jak się zachowywać podczas ataku: schować się, wycisnąć trochę krwi z leżących w pobliżu zwłok lub z rannego i usmarowawszy się nią udawać trupa. Telewizyjni mędrcy powtarzają zwyczajem mędrców swoje mądrości:  należy walczyć z terroryzmem, a nie z islamem bla bla bla bla, musimy przywyknąć do zamachów bla bla bla, należy oddzielić terrorystów od pokojowo nastawionych muzułmanów bla bla bla, wygramy wojnę z terroryzmem, jeżeli bla bla bla. Donald Tusk powtarza na Twitterze „Moje serce jest w (tu następuje nazwa miasta, w którym odbył się zamach)”. Ostatnio zdobył się na oryginalność i napisał „Cała Europa stoi razem z Barceloną”. Podobnie skonwencjonalizowane i równie oryginalne slogany wygłaszają europejscy politycy i wysocy urzędnicy z Brukseli. Im osobiście ten cały ten terroryzm nie zagraża, bo żyją w bezpiecznych enklawach otoczeni bandami ochroniarzy. Terroryści też dziwnie nie kwapią się do ataków na komisarzy czy ministrów. Przez dwa lub trzy dni media mają używanie, w czwartym dniu publiczność czuje się już znudzona, lans się kończy, media wracają do zwykłej codzienności opowiadając o zawodach sportowych, drogowych wypadkach, życiu uczuciowym i płciowym celebrytów, a co ambitniejszym o tym, co powiedział jeden polityk o drugim polityku, a drugi o trzecim…Aż do następnego zamachu.

 

A do Europy wciąż płyną muzułmanie

Tymczasem bez przerwy, dzień po dniu do Europy wlewają się muzułmanie. Młodzi mężczyźni bez dokumentów, bez wykształcenia i bez chęci do pracy. Nikt na to nie zwraca już uwagi, bo nie ma w tym napływie nic spektakularnego.  Jeszcze parę lat temu ich przybywanie na nasz kontynent było dramatyczne, bo płynęli przez Morze Śródziemne na tandetnych łódkach i pontonach, niekiedy tonących. Ich nieszczęście budziło współczucie. Publika witała ich z otwartymi ramionami, podobnie jak kanclerz Angela Merkel.

Od kiedy jednak arabscy przemytnicy ludzi podzielili się pieniędzmi z europejskimi organizacjami pozarządowymi, muzułmańscy przybysze podróżują wygodnie i bezpiecznie. Publiczność przestała się nimi interesować, politycy też, bo już nic na imigrantach ugrać się nie da.  Przybysze z afrykańskich i azjatyckich krajów muzułmańskich przedzierają się do Europy spontanicznie. Ale jest to spontaniczność organizowana i sterowana przez dwie sunnickie sekty: wahabitów i salafitów.  Wahabici – w krajach arabskich żyje ich około 20 milionów – wyznają proste zasady: obowiązkiem muzułmanina jest nawracanie odstępców, zabijanie niewiernych, szerzenie islamu oraz podporządkowywanie całego świata prawu szariatu. W Arabii Saudyjskiej wahabizm jest religią państwową, a w Katarze wyznawcy stanowią około 47 proc. mieszkańców. Podobne zasady wyznaje odłam muzułmanów zwących się salafitami. Jest ich około 50 milionów. Według ekspertów na uzbrojenie i szkolenie członków islamskich organizacji terrorystycznych oraz na propagandę wyjazdów muzułmanów do Europy wahabici i salafici wydali dotąd około 100 miliardów dolarów.  W meczetach Azji i Afryki mułłowie finansowani przez wahabitów z Arabii Saudyjskiej albo z Kataru, Kuwejtu czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich namawiają młodych ludzi do wędrówki ku Europie, zapewniając, że każdemu przybyszowi niewierni dadzą mieszkanie, samochód i pieniądze na życie. Każdy też będzie mógł po osiedleniu się w Europie sprowadzić rodzinę. Rodzina, która tam obejmuje nie tylko bliskich, ale i dalekich krewnych, składa się więc na koszta i wysyła w podróż najbystrzejszego i najenergiczniejszego młodego człowieka, żeby dotarł do Europy, sprowadził krewnych i żeby potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

 

Ani domu nie dali, ani auta

W Europie okazuje się, że niewierni samochodów nie dają, zamiast mieszkań przydzielają łóżka w kilkuosobowych pokojach, a zasiłki – nawet w Niemczech – ledwo wystarczają na życie. Przybysze czują się oszukani. Nie przez mułłów ze swych wiosek oczywiście, bo mułłowie – jak wiadomo – mówią wyłącznie prawdę, ale przez niewiernych. Dodatkowo muzułmańscy osadnicy widzą wokół bogactwo: piękne domy, samochody, kobiety z obnażonymi włosami i nogami, restauracje i sklepy, na które ich nie stać. To pogłębia poczucie krzywdy, bo przecież to bogactwo należy się muzułmanom, a nie niewiernym. Kiedy rozgoryczeni idą do europejskiego meczetu, żeby poskarżyć się Allachowi na tak jawną niesprawiedliwość, europejscy mułłowie – też finansowani przez Arabię Saudyjską albo Katar, Kuwejt czy Zjednoczone Emiraty Arabskie – mówią im, żeby czekali, bo już niebawem islam zwycięży, a wtedy muzułmanie zabiorą niewiernym domy i samochody, a ich kobiety uczynią niewolnicami. I tym właśnie – czekaniem na zwycięstwo islamu – zajmują się muzułmańscy przybysze. Chcą spokojnie i wygodnie żyć w Europie, jak twierdzi lewicowa propaganda. Ale są też przekonani – to lewicowa propaganda przemilcza – że spokojne i wygodne życie zapewni im tylko szariat. Wysłannicy muzułmańskich rodzin nie są żołnierzami w wojnie, którą islam toczy z zachodem. Są ofiarami tej wojny i zarazem bronią wycelowaną przez mułłów w Europę. Są świadomi swej roli w najeździe na Europę mniej więcej tak samo jak były świadome swojej roli słonie bojowe w armii Hannibala. Wahabicki plan podboju Europy polega na wykorzystaniu europejskiej demokracji: kiedy muzułmanów będzie wystarczająco wielu, opanują rządy i obejmą władzę. Z planu tego nie zdaje sobie sprawy przytłaczająca większość Europejczyków. Znakomicie go za to rozumieją lewicowi politycy, a oni właśnie rządzą Europą, poza Polską, Węgrami i Wielką Brytanią.

 

Wahabici, salafici i piąta kolumna

W wojnie islamu z Europą aktywną rolę pełni europejska piąta kolumna. Lewicowe partie rządzące krajami Europy i lewicowi politycy wspierają podbój, bo ich zdaniem muzułmańscy osadnicy przybliżają realizację socjalistycznej utopii: nowej Europy bez państw, religii, tradycji, kultury i tradycyjnie rozumianego prawa.

Przybyszów z krajów arabskich, z Afryki i z Azji lewicowi politycy i propagandyści nazywają uchodźcami, żeby z góry spacyfikować ewentualny opór przeciw ich przyjmowaniu. Opór jest zresztą niewielki, bo umysły europejczyków sparaliżowane są polityczna poprawnością. Zamachy terrorystyczne lewica wykorzystuje zgodnie z zamiarem ich organizatorów: do odwracania uwagi od najazdu. Inspirowane przez nią jałowe dyskusje o terroryzmie, demonstracje przeciw terrorystom, malowanie kredkami na chodnikach antyterrorystycznych kwiatków oraz tweety o wędrującym sercu – mają zająć i zajmują uwagę Europejczyków. A najważniejsze, że im bardziej Europejczycy boją się radykalnych islamistów, tym łatwiej pokochają pokojowo nastawionych muzułmanów z wdzięczności za to, że ci drudzy nie mordują, choć przecież mogliby. Ten społeczny wariant syndromu sztokholmskiego działa!

 

Kadrowe struktury islamu powstają też w Polsce. Rząd Rzeczpospolitej blokuje najazd muzułmanów argumentując, że wśród nich są zakamuflowani terroryści. To jednak nie zapewnia bezpieczeństwa Polsce i Polakom.  Wahabici nie zrezygnowali z podboju Rzeczypospolitej tylko dlatego, że aktualna władza zablokowała napływ osadników. Władza przecież w końcu się zmieni i osadnicy zaczną napływać. W naszym kraju poza oficjalnie budowanym meczetami, w domach albo mieszkaniach wykupywanych przez prywatne osoby powstają tajne muzułmańskie świątynie, w których nie tylko spotykają się muzułmanie, ale też trwa indoktrynacja Polaków. Według niektórych badaczy islamu w Polsce jest już tych meczetów prawie 600, ale liczba ta nie jest pewna.  Żadne wiarygodne statystyki nie podają liczby muzułmanów mieszkających w Polsce. Jeśli pominąć całkowicie zasymilowanych polskich Tatarów, żyje tu około 30 tysięcy napływowych muzułmanów. Nie można pominąć od 2 do 5 tysięcy Polek, które przeszły na islam pod wpływem arabskich mężczyzn, z którymi się formalnie lub nieformalnie związały. Znacznie mniej jest etnicznych polskich mężczyzn którzy stali się muzułmanami. Obecnie nie napływają wprawdzie masowo osadnicy, ale płyną wahabickie pieniądze. Część tych pieniędzy wypłacana jest jako żołd ludziom, którzy werbują kandydatów na muzułmanów, w tym Polakom, którzy przeszli na islam.  Mułłowie oficjalnie w Polsce działający głośno potępiają terroryzm, ale w ich meczetach zbierają się kadrowe organizacyjne struktury gotowe do wchłonięcia muzułmańskich osadników, kiedy zmieni się koniunktura polityczna i do władzy wróci lewica. Islamscy najeźdźcy ani na chwilę nie zrezygnowali z podboju Polski. Czekają cierpliwie, gotowi na masowy napływ muzułmańskich migrantów, a w rezultacie na objęcie władzy nad Polską.

 

Tekst pochodzi z 38. numeru kwartalnika „Myśl.pl”.

 

Wojciech Jankowskidziennikarz, wolny strzelec. W przeszłości związany z tygodnikiem NSZZ „Solidarność” „Odrodzenie”.  Przez niemal dekadę dziennikarz „Gazety Wyborczej”, a po odejściu z jej redakcji współpracownik regionalnych dzienników i tygodników na Dolnym Śląsku oraz m.in. „Najwyższego Czasu” i „Opcji na Prawo”.

 

 

Fot.: Wikimedia Commons

 

Problemy Niemców związane z masowym napływem imigrantów do kraju nadal trwają. W ostatnim czasie nasz zachodni sąsiad obawia się kolejnej fali przybyszów z krajów muzułmańskich, a równocześnie tamtejsze służby są świadome, że setki osób w kraju to potencjalni „uśpieni” terroryści. Teraz niemiecki kontrwywiad ostrzega również przed zagrożeniem jakie nieść mogą niektóre… dzieci.

 

W dzieciach pochodzących z części muzułmańskich rodzin, osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo w Niemczech widzą „potencjał zagrożenia, którego nie wolno zlekceważyć„. Frakcja parlamentarna CDU/CSU zaangażowały się w tą sprawę i w związku z ostrzeżeniami służb chcą obniżyć do 14 lat granicę wieku osób, które mogą zostać poddane inwigilacji.

 

Jak twierdzi Hans-Georg Maaßen, socjalizacja dzieci w islamistycznym środowisku „budzi zaniepokojenie i z tego względu w nadchodzących latach będzie stanowić wyzwanie także dla Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji„. Tak swoją opinię szef niemieckiego kontrwywiadu sformułował wypowiadając się dla grupy medialnej Funke.

 

Maaßen już wcześniej przestrzegał przed osobami wychowywanymi przez radykalnych muzułmanów. W grudniu 2017 roku mówił o tym jak spore zagrożenie dla bezpieczeństwa niemieckich obywateli stanowić mogą żony oraz dzieci bojowników Państwa Islamskiego, któe odsyłane są przez nich właśnie do Niemiec.

 

Tego typu sytuacje rodzą niepokoje, a także sprzeciw nie tylko sporej części społeczeństwa ale także niektórych ugrupowań politycznych. W stronę niezależnej w temacie migracji polityki idą w ostatnim czasie bardziej zdecydowanie władze Bawarii.

 

Źródło: ndie.pl

Fot.: Max Pixel