Mariusz Pudzianowski zasłynął jako najpopularniejszy polski strongman, a także późniejszy zawodnik MMA. Teraz sporo szumu wywołała awantura, do której doszło w jednym z hoteli w Małopolsce, a słynny „Pudzian” odegrał w całej sytuacji główną rolę.

 

Sytuacja miała miejsce w budynku hotelu znajdującym się w leżącej nieopodal Wadowic miejscowości Andrychów. O zaistniałym tam zamieszaniu poinformował Super Express.

 

Jak czytamy w opisie opublikowanego na kanale dziennika filmu, zdaniem Mariusza Pudzianowskiego połowa budynku miała stać się jego własnością, kiedy wykupił ją od byłej żony właściciela hotelu. Włodarze hotelu mają mieć jednak odmienne zdanie.

 

42-letni przybył do hotelu w towarzystwie swoich dobrze zbudowanych kompanów. W ramach odbijania połowy hotelu, Pudzian wraz ze swoimi kolegami miał powyłamywać zamki, wygonić przebywających w hotelu gości weselnych, a także wyrzucić właściciela tej nieruchomości. W związku z takim rozwojem sytuacji, doszło do interwencji policji.

 

Do zdarzenia odniósł się też Mariusz Pudzianowski, publikując film z zawartymi wyjaśnieniami odnośnie informacji opublikowanej przez Super Express.

 

Mój pracownik sprzątał pokoje i zginęły mu klucze. Wiedział kto mu te klucze „zawinął”, więc kazałem mu iść na policję. Ja po powrocie ze Stanów Zjednoczonych wziąłem swoich pracowników, aby powymieniali zamki w pokojach. Hotel był prawie pusty. Chyba tylko dwa pokoje były zajęte. Miałem drugi komplet od swoich pięter. Pan Andrzej wezwał policję zgłaszając włamanie i rozwiercanie zamków. Pokazałem policji, że do każdego wyjętego zamka mam komplet kluczy. W niektórych były powkładane szpilki. Pan Andrzej nie może pogodzić się z tym, że kupiłem 50 procent udziałów w hotelu i mam prawo czerpać zyski – tłumaczy Pudzian.

 

Zdaniem zawodnika MMA, utrudnia się mu przeprowadzenie w części budynku, której jest właścicielem przeprowadzenie remontu.

 

–  Wyłączone zostało światło, prąd, gaz i kanalizacja. Pan Andrzej zamknął na cztery spusty kotłownie i rozdzielnie. Gdy zacząłem rozwiercać zamki została wezwana policja, że włamuje się do własnej kotłowni. Policja przyjechała i zaczęła się śmiać. Pierwsza i druga instancja sądu uznała, że jestem właścicielem. Tak samo trzech notariuszy i trzech adwokatów. Respektuje to również policja i prokuratura. Okazuje się, że nie mogę pomalować hotelu, bo o godzinie 16 wyłączane było światło – twierdzi znany polski sportowiec.

 

Poniżej udostępniamy opublikowane przez Super Express nagranie, na którym zarejestrowano sytuację, gdy doszło do awantury w andrychowskim hotelu.

 

 

 

Źródło: YouTube/Super Express ; sportowefakty.wp.pl

 

MB

 

Ciasne pokoje, łazienki niczym z lat 80., problemy z ogrzewaniem, posiłki w szpitalu – oto warunki fundowane polskim skoczkom w fińskim mieście Lahti.

 

O ile w hotelu można liczyć na znośne śniadanie, to w pierwszych dniach po przybyciu do Lahti, nasi skoczkowie stołowali się w… szpitalnej jadalni ulokowanej około 200 metrów od hotelu.

 

 

– Wewnątrz redakcji śmiejemy się, że to polscy skoczkowie zamieszkali przypadkowo z nami, a nie my z nimi. Standard hotelu zdecydowanie odbiega od znanego z kalendarza Pucharu Świata. O ile nam, dziennikarzom, budżetowa opcja wystarcza do przeżycia weekendu z dachem nad głową, o tyle rozumiemy potrzeby reprezentacji, która jest mistrzem świata. Posiłki kilkaset metrów od miejsca zakwaterowania, klaustrofobiczna łazienka czy brak miejsca na torby ze sprzętem w malutkich pokoikach to spore utrudnienie, mając na uwadze warunki, jakie ekipy dostają choćby w Polsce – mówi Dominik Formela z redakcji skijumping.pl, która nieoczekiwanie zamieszkała z naszymi zawodnikami.

 

Według przepisów FIS-u, organizator Pucharu Świata zobowiązany jest do zapewnienia hotelu całej kwocie startowej, tak jak i trenerom, którzy przyjeżdżają na Puchar Świata. Finowie wyznaczyli Polakom hotel Kauppahotelli Grand, którego lata świetności już dawno minęły.

 

Jak się okazało, Stefan Horngacher i Grzegorz Sobczyk, który w naszej reprezentacji odpowiada za logistykę, interweniowali w tej sprawie jeszcze przed wylotem do Finlandii. Niestety, w odpowiedzi otrzymali informację. że w innych hotelach nie ma już miejsc.

 

W sieci krąży mnóstwo zdjęć z hotelu. Największe „wrażenie” robią łazienki, które po prostu straszą swoim wyglądem.

 

Na organizację zawodów w Lahti narzekają także inne ekipy. Okazuje się, że na skoczni problem jest nawet z jedzeniem dla członków drużyn. O ile skoczkowie mogą jeszcze coś zjeść, to trenerzy i pozostali członkowie ekipy mogą tylko popatrzeć.

 

Cała ta sytuacja pokazuje, że w Międzynarodowej Federacji Narciarskiej panują podwójne standardy. Organizatorzy konkursów w Wiśle przez lata zbierali niezbyt pozytywne oceny, a Walter Hofer kilka razy groził odebraniem zawodów za niewielkie wpadki. Wszyscy zawodnicy mieszkają jednak w najlepszym hotelu w mieście, nie wspominając już o tak podstawowych kwestiach jak catering. Dokładnie tak samo, a może nawet lepiej jest w Zakopanem. Tymczasem w Lathi jest deficyt niemal wszystkiego.

 

Źródło, fot.: sport.pl
EM

We wtorek doszło do kolejnego zamachu terrorystycznego. Zdjęcia z miejsca, gdzie rozgrywa się cały dramat są wyjątkowo niepokojące. Terroryści uderzyli tym razem na terenie hotelu.

 

Wszystko wydarzyło się w mieście Nairobi, stolicy Kenii. Terroryści przeprowadzili atak na terenie hotelu Dusit. Bardzo prawdopodobne więc, że ucierpią w tym zdarzeniu zagraniczni turyści.

 

Miejscowa policja zablokowała okolice hotelowych zabudowań. Dziennikarze przekazali, że na terenie hotelu znajduje się grupa uzbrojonych napastników. Równocześnie media pokazały też jak służby wynoszą z hotelu rannych. Nie ma jednak dokładnych informacji o liczbie poszkodowanych i ewentualnych ofiarach śmiertelnych.

 

Na pokazywanych przez media nagraniach z miejsca ataku, widać też płonące pod hotelem samochody. Słyszane miały być również odgłosy strzelaniny.

 

Odpowiedzialność za przeprowadzenie ataku wzięła somalijska islamistyczna organizacja Al-Shabab.

 

Nie jest to pierwszy raz, gdy dochodzi do zamachu na terenie hotelu Dusit, znajdującego się w Westgate, określanego jako centrum handlowe. W 2013 roku, w wyniku ataku terrorystów, życie straciło tam co najmniej sześćdziesięciu siedmiu ludzi.

 

 

Źródło: Twitter/@teddyeugene ; Twitter/@KTNKenya

Fot.: Pxhere

 

MB

 

W ubiegłym roku, 1 października doszło do tragicznych wydarzeń w amerykańskim Las Vegas. Przy okazji festiwalu muzyki country doszło do masowego zabójstwa. Strzelanina wywiązała się, kiedy z hotelowego okna w tłum zaczął strzelać 64-letni Stephen Paddock.

 

Przy okazji tamtych dramatycznych wydarzeń, terrorysta zabił 59 osób. Setki osób zostało też rannych. Po dokonaniu ataku, w trakcie reakcji służb, Paddock miał popełnić samobójstwo. Zbrodni dokonywał on z okna pokoju znajdującego się na 32. piętrze hotelu Mandalay Bay. Teraz właściciele tego właśnie obiektu pozywają osoby poszkodowane w trakcie strzelaniny.

 

Władze hotelu chcą takim działaniem zapobiec pozwom o odszkodowanie, którym mogłyby zostać ewentualnie obciążone. MGM Resorts International, do którego należy hotel podtrzymuje, że nie odpowiada za atak przeprowadzony przez Stephena Paddocka.

 

 

Pod koniec minionego tygodnia, sądy federalne otrzymały łącznie ponad tysiąc pozwów wystosowanym przeciwko ofiarom zeszłorocznej strzelaniny. Jak podaje „Las Vegas Review-Journal”, według prawników właściciela hotelu, ma to pozwolić uniknąć pozwów przeciwko MGM Resorts International złożonych w ramach próby uzyskania odszkodowania.

 

Składając pozwy, władze obiektu równocześnie nie domagają się pieniędzy.

 

– Ciągnące się latami sprawy sądowe i przesłuchania nie leżą w interesie ofiar – stwierdził rzecznik właściciela hotelu Debra DeShong.

 

Stanowisko adwokatów MGM Resorts International opiera się na tym, że w tym przypadku podmiotem od którego mogłyby ofiary domagać się odszkodowania jest ich zdaniem firma, która w tamtym czasie odpowiadała za ochranianie obiektu, a także imprezę Country. Prawnicy wskazują, że była ona certyfikowana przez Departament Bezpieczeństwa Krajowego.

 

Kroki podjęte przez hotel Mandalay Bay oceniają jako skandaliczne natomiast prawnicy reprezentujący ofiary strzelaniny. Są oni oburzeni zaistniałą sytuacją.

 

– To po prostu smutne, że zniżają się do tego poziomu – powiedział w rozmowie z „Las Vegas Review-Journal” adwokat Robert Eglet.

 

Do dziś nie jest do końca jasne czym motywował swoje działania zamachowiec. Wśród jego rzeczy oprócz wielu sztuk broni oraz amunicji, znaleziono również lewicową literaturę oraz fotografię kobiety pochodzącej z Bliskiego Wschodu. Stephen Paddock miał być widywany na manifestacjach będących wyrazem sprzeciwu wobec prezydenta Donalda Trumpa. Miał sympatyzować również ze skrajną lewicą i takimi środowiskami jak antifa.

 

Niedługo po ataku, Państwo Islamskie opublikowało komunikat, w którym dżihadyści poinformowali, że to oni są odpowiedzialni za atak. Ich zdaniem, Paddock przeszedł na islam przyjmując przy tym nowe imię Abu Abdul Barr al-Amrik. ISIS przygotowało nawet film propagandowy, na którym omawiali całe zdarzenie. FBI jednak nie potwierdziło, by zamachowiec miał związki z jakąkolwiek organizacją terrorystyczną.

 

Do zdarzenia doszło przy ulicy Szczecińskiej. W zlokalizowany tam budynek hotelu wjechał samochód. Kierowca swoim pojazdem rozbił szyby i wjechał do umiejscowionej tam restauracji. Wszystko rozegrało się kilka minut po godzinie 11.

 

Mężczyzna po wjechaniu do wnętrza budynku, a dokładniej w hotelowy hall, zatrzymał się dopiero na stolikach ustawionych w restauracji. Jak się okazało w samochodzie było dwóch mężczyzn.

 

Autem kierował 63-latek, a obok niego jako pasażer znajdował się jego 68-letni znajomy. Kierowca był pod wpływem alkoholu. W wydychanym powietrzu zmierzono ilość alkoholu na poziomie 2,3 promila. To przyczyniło się do zaistnienia tej niebezpiecznej sytuacji. Pod wpływem alkoholu znajdował się również mężczyzna jadący jako pasażer.

 

Mężczyźni poruszali się Volkswagenem Golfem. Samochód przemieszczał się w kierunku ulicy  Św. Teresy od strony ulicy Sianokosy. Kierujący autem 63-latek utracił panowanie nad kierownicą, stało się to na wysokości budynku numer 95. Wówczas doszło do groźnie wyglądającego incydentu i wjechania samochodu do restauracji w miejscowym hotelu.

 

Przy całej sytuacji, nikomu nic się nie stało. Akurat w tym czasie, w pomieszczeniu nikogo nie było, więc doszło jedynie do szkód materialnych.

 

– W restauracji nikogo dziś nie było, ale wszystko było przygotowane na mającą się odbyć jutro konsolację – stwierdził pracownik restauracji.

 

Ustalono, że samochód jechał z dość dużą prędkością. Świadczyć ma o tym fakt, że okno rozbite przez auto, znajduje się ok. 35 cm nad podłożem. Samochód ominął wręcz o centymetry znajdujący się tam betonowy filar. Jeśli by się to „szczęście w nieszczęściu” nie udało, wówczas naruszona mogłaby zostać cała konstrukcja budynku hotelu.

 

Pijany kierowca stracił prawo jazdy po doprowadzeniu do opisanego incydentu. Warto zapamiętać, że za jazdę pod wpływem alkoholu grozi kara do dwóch lat pozbawienia wolności.

 

 

 

 

 

 

Estoński turysta będąc całkowicie nietrzeźwym, chciał wrócić do hotelu. Przez przypadek… zdobył szczyt górski.

 

Według źródeł, turysta pochodzący z Estonii był zakwaterowany we włoskim ośrodku narciarskim Breuil-Cervinia, który znajduje się na terenie Alp Pienińskich. Mężczyzna po spożyciu znacznej ilości alkoholu chciał wrócić do hotelu, aby tam się zrelaksować. Jednak ze względu na to, że był nietrzeźwy, przez przypadek wybrał trasę, która prowadziła na szczyt górski.

 

Szybko wszczęto poszukiwania mężczyzny – do akcji wkroczyła ekipa ratunkowa, która przeszukiwała pobliskie tereny.

 

Mimo że droga była tak naprawdę stokiem, który biegł po zboczu góry, Estończyk podjął się wspinaczki. Mężczyzna nie zwrócił nawet uwagi na to, że coś jest nie tak, kiedy jego ścieżka robiła się coraz bardziej stroma. Pomiędzy godziną drugą, a trzecią w nocy, spostrzegł na horyzoncie budynek. W rzeczywistości były to restauracja i bar, które znajdowały się na wysokości 2400 m n.p.m. – czytamy na portalu rp.pl.

 

Nietrzeźwy Estończyk włamał się do budynku, w którym spędził dalszą część nocy. Znaleźli go dopiero pracownicy restauracji z samego rana – odwołano wtedy ekipę ratunkową.

 

– Na szczęście nie było tak zimno

– skomentował właściciel lokalu w rozmowie z „La Stampą”.