W dniu wczorajszym media w kraju obiegły informacje o przesyłce skierowanej do prezydenta Krakowa, zawierające pogróżki oraz łuskę i nabój z karabinu. W liście padła groźba, że jeżeli w ciągu tygodnia Jacek Majchrowski nie ustąpi ze stanowiska, wówczas straci życie i nie zobaczy już rodziny. Teraz w tej sprawie pojawiają się nowe fakty.

Pomimo zamieszczenia na przesyłce fałszywego adresu nadawcy, służbom udało się zatrzymać osobę odpowiedzialną za ten incydent. Sprawcą okazał się być przebywający na terenie Warszawy 28-latek pochodzący z krakowskiej Nowej Huty. Miał nie mieć on wcześniej konfliktów z prawem.

Jak się jednak okazało, podobne przesyłki zostały wysłane przez mężczyznę także do innych prezydentów miast, a także byłego prezydenta Lecha Wałęsy. Łącznie takowych przesyłek miało być dziesięć. Trafiły one m.in. do prezydenta Kielc Bogdana Wenty, łódzkiego magistratu, jak również prezydenta Rzeszowa Tadeusza Ferenca.

Do każdego listu dołączony miał zostać nabój z karabinu (bez prochu), łuska, a także fotografie przedstawiające kilkunastu innych włodarzy polskich miast. Wśród nich również zdjęcie zabitego w styczniu Pawła Adamowicza, obok którego miał widnieć też napis „game over”.


Zagrajmy w grę. Masz 7 dni na ogłoszenie swojej dymisji. W przeciwnym razie ostatni raz widzisz rodzinę. (…) Co wybierasz? Życie czy śmierć?

Takie słowa padły w treści pogróżek, jakie mężczyzna skierował do prezydentów.

W związku z zaistniałą sytuacją, minister Joachim Brudziński ogłosił, że służby w tym przypadku szybko zareagowały, co pomogło w szybkim ujęciu podejrzanego.

W poniedziałek funkcjonariusze zatrzymali 28-latka na terenie stolicy. Przyznał się on do wysłania dziesięciu przesyłek do rządzących w miastach polityków oraz Lecha Wałęsy. Motywy jakimi kierował się sprawca nie są jednak oficjalnie szczegółowo znane.

Źródło: rmf24.pl

Fot.: Flickr

MB

Wysoki rangą wojskowy Ukrainy oraz dawny tamtejszy minister obrony Ołeksandr Kuźmuk powiedział coś, co raczej nie powinno pozostawać bez reakcji polskiej strony.  Skandaliczna wypowiedź padła podczas audycji na antenie stacji „112 Ukraina”.

 

Słowa Ołeksandra Kuźmuka mają być reakcją na nowelizację ustawy o IPN, według której m.in. uznaje się zbrodnie dokonane przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu za ludobójstwo, a ideologia banderowska zostaje spenalizowana.

 

Były ukraiński minister posunął się do gróźb wobec Polski i przestrzegł przed działaniami Polaków w ramach „porachunków z historią”. Jego zdaniem może to doprowadzić do konfliktu zbrojnego.

 

Ołeksandr Kuźmuk stwierdził, że Ukraińcy przebywający na terenie Polski mogą „chwycić za kije”, jeżeli Polska nie zaprzestanie przypominania swoim sąsiadom o działalności UPA oraz zdarzeniach do jakich doszło na Wołyniu.

 

Ukraiński wojskowy powiedział też, że Kijów może zwrócić się również z propozycją omówienia poszczególnych momentów w historii. Jak twierdzi „historię trzeba znać, ale wyrównywać rachunków nie należy”.

 

– Jeśli przypomnieć historię — 100, 200 lat temu, nawet króla Bolesława 1000 lat temu, to tyle znajdziemy! – Powiedział były ukraiński minister obrony.

 

Kuźmuk swoje rozważania popierał faktem, że w Polsce przebywa obecnie ok. milion dwieście tysięcy Ukraińców i obawia się, że „coś z nimi będzie”.

 

– Tak, piąty front ukraiński wszedł do Polski. I nic z nimi nie będzie. Chwyci on tylko za kije, jeśli przypomnimy sobie wszystkich Kozaków od Lwowa do Kijowa powieszonych – powiedział Kuźmuk.

 

Słowa te można śmiało odczytywać jako jawne groźby wobec Polski i Polaków.

 

 

W ostatnim czasie, na fali antyrządowych manifestacji doszło do kilku ataków na biura poselskie Zjednoczonej Prawicy. Przykładowo w nocy z poniedziałku na wtorek, nieznany sprawca rzucił łatwopalną substancją w drzwi biura poselskiego Beaty Kempy (Solidarna Polska) a na elewacji zostawił napis: „H-7102 21.21. CALIFOR UBER ALES NIE”. Sugerować on może groźby oparte na odwołaniu do pewnej piosenki.

 

Przypadków zachowań, przez które ludzie związani z obozem władzy mogą czuć zagrożenie bezpieczeństwa swojego i swoich najbliższych jest jednak więcej. W związku z tym, jak informuje portal Wirtualna Polska, policja wzmocnić ma patrole w okolicach lokali użytkowanych przez parlamentarzystów.

 

Atmosfera agresji i gróźb sprawia, że parlamentarzyści w obecnym czasie szczególnie obawiają się o swoje życie i zdrowie. Posłanka Iwona Arent (PiS) w rozmowie z wp.pl przywołuje przykłady kilku nieprzyjemnych aktów agresji jakie spotkały ją przez 12 lat działalności politycznej.

 

– Pomalowano drzwi mojego biura poselskiego, drzwi od mojego domu wymazano kałem. Policja oczywiście nie ustaliła sprawców – wymienia posłanka.

 

Jak dodała w rozmowie z portalem, dla większego poczucia bezpieczeństwa, zakupiła dla pracowników swojego biura gaz obronny, który ma byc trzymany w szufladzie. Stwierdziła też, że również jej partyjne koleżanki i koledzy odczuwają zagrożenie.

 

Jak powiedział natomiast poseł Marek Suski (PiS), tego typu gróźb pojawiło się dość dużo.

 

– Niedawno zgłaszaliśmy do prokuratury e-maile, w których ktoś pisał, że będzie gwałcił kobiety z PiS, podrzynał nam gardła i rozcinał brzuchy – stwierdził poseł.

 

Jak informuje wp.pl, próby zastraszania stosowane mają być również wobec działaczy innych ugrupowań politycznych.