Różnice poglądów występują w każdej większej zbiorowości, gdzie nie ma problemów z wolnością słowa. W Korei Północnej z oczywistych przyczyn nie występują, a przynajmniej nie w przestrzeni publicznej. Nie tylko, że są rzeczą jak najbardziej naturalną, ale stanowią konieczną przesłankę rozwoju. To dzięki polemice i sprzeciwie wobec ustalonych i uzgodnionych wcześniej schematów możliwy jest postęp.

Nikt nie ma monopolu na rację, dlatego rozmowa powinna nam służyć do poszukiwania właściwego rozwiązania. Dobry i uczciwy dialog to taki, do którego każda ze stron przystępuje z określonymi założeniami, ale które jest gotowa weryfikować przez argumentację innych uczestników rozmowy. Tak powinna wyglądać debata publiczna. O tym, że w naszym kraju nie przypomina ona modelu idealnego, raczej nikogo nie trzeba przekonywać. Jeden naród stanowimy jedynie w teorii. W rzeczywistości jesteśmy podzieleni na dwa antagonistyczne plemiona. Celem sporu nie jest odkrycie prawdy, ale zwycięstwo nad przeciwnikiem, zgodnie z logiką plemienną choćby po trupach. Nieliczni, którzy nawołują do merytorycznej debaty, nie dyskwalifikując nikogo z uwagi na łatki partyjne, określani są mianem niepoprawnych utopistów.

Kiedy to się zaczęło? Najbardziej oczywistą odpowiedzią, która od razu się nasuwa to ta, że po cyklu wyborczym z 2005 r. Nasze państwo stało się zakładnikiem rywalizacji Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska oraz destrukcyjnej walki ich politycznych zapleczy. Zbiegło się to w czasie z potrzebą wyznaczenia nowych celów dla Polski, która, zgodnie z marzeniami budowniczych III Rzeczpospolitej, militarnie, politycznie i ekonomicznie zintegrowała się ze strukturami świata zachodniego.

Po 2005 r. wybuchły emocje, które w naszym społeczeństwie były obecne już wcześniej, ale tępiono je przez zbiorowe dążenia i plany. W 1989 r. takim wspólnym mianownikiem, łączącym różne środowiska, była zmiana systemu. Wynik wyborów czerwcowych i druzgocąca klęka przedstawicieli ancien régime’u stworzyła iluzję zgody narodowej, która nie trwała jednak zbyt długo.

Tak zresztą stać się musiało. „Solidarność” była prawdziwym konglomeratem idei i programów. Po osiągnięciu głównego celu, czyli obaleniu reżimy komunistycznego, bohaterowie walki o wolną Polskę podzielili się na partie, tocząc ze sobą niekiedy bardzo ostre spory (jak w tzw. wojnie na górze między Lechem Wałęsą a Tadeuszem Mazowieckim).

Na początku transformacji zostały jednak wyznaczone bardzo ambitne cele, co do których istniał polityczny oraz społeczny konsensus. Po rozpadzie Układu Warszawskiego nasze bezpieczeństwo miało zagwarantować NATO, co ostatecznie zostało potwierdzone przyjęciem Polski jako pełnoprawnego członka Sojuszu Północnoatlantyckiego w 1999 r. Pięć lat później po długoletnich i żmudnych negocjacjach Polska stała się częścią Unii Europejskiej, co stanowiło ukoronowanie prozachodniego kursu, realizowanego konsekwentnie przez zmieniające się u władzy koalicje.

W 2005 r. wszystkie strategiczne cele były już zrealizowane, a elity polityczne nie miały woli bądź pomysłu na nowe. W tym roku umarł też Jan Paweł II, największy autorytet dla Polaków, człowiek z którego głosem liczyli się również ludzie niewierzący. Papież przypominał politykom o rzeczach najważniejszych, a jego napomnienia łagodziły toczące się w Polsce spory.

Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze. Do władzy szły bowiem dwa ugrupowania postsolidarnościowe, zgodnie zapowiadające sanację państwa po rządach skompromitowanej licznymi aferami lewicy. Już jednak wyjątkowo brutalna kampania wyborcza kazała wziąć pod rozwagę polityczną przyjaźń PiS-u i PO. To wtedy Jacek Kurski oskarżył Donalda Tuska o proniemieckie poglądy, czego przyczyną miała być służba jego dziadka w Wehrmachcie (przymusowo wcielonego).

Później było już tylko gorzej. Wspólnego rządu nie stworzono, zwycięski PiS musiał szukać poparcia mniejszych i nieprzewidywalnych koalicjantów, a PO przeszła do twardej opozycji. Rozpoczęła się ekstremalna eskalacja wrogości pomiędzy oboma środowiskami, która trwa do dzisiaj. Katastrofa smoleńska nie tylko ugruntowała stare podziały, ale wprowadziła nowy: na tych, którzy wierzą w oficjalną wersję o wypadku lotniczym i tych, dla których był to zamach na prezydenta Kaczyńskiego. Po Smoleńsku doszło do niespotykanego wcześniej schamienia życia publicznego. To wtedy Platforma wypuściła Janusza Palikota, który kierował wyjątkowo obrzydliwe zaczepki wobec Jarosława Kaczyńskiego. Z drugiej strony pojawiały się oskarżenia o odpowiedzialność premiera Tuska i PO za śmierć prezydenta. W środku lata doszło do wybuchu społecznych emocji na Krakowskim Przedmieściu, gdzie został postawiony krzyż upamiętniających ofiary katastrofy smoleńskiej. Dantejskie sceny przed Pałacem Prezydenckim dowodziły, że wszelkie granice zostały przekroczone. Głęboki, niezasypany do dzisiaj, rów między Polakami został wykopany.

Tak, to politycy przypominający chłopców bawiących się zapałkami przy beczce prochu, są najbardziej winni pęknięcia, jakie między nami powstało. Rachunek sumienia powinni też zrobić dziennikarze, bezrefleksyjnie godzący się na brutalizację życia publicznego, a wręcz czasami nakręcający spiralę wzajemnej wrogości. Kościół, który powinien być mediatorem, niestety okazał się zbyt słaby. Sam zresztą, mimo deklarowanej jedności, sprawa wrażenie mocno podzielonego.

Aktualnie nie widać żadnych szans na wyjście z impasu. Polska jest podzielona na pół i te dwie połówki różni niemal wszystko. Jedynie ważne wydarzenia sportowe, ale niestety na krótko, skłaniają do jedności Nie widać na horyzoncie żadnego wspólnego mianownika, który mógłby połączyć oba plemiona. Różnice, które normalnie stanowią przyczynek do ożywionej debaty, skutkującej obraniem kierunku uwzględniającego spojrzenia jak najszerszego spektrum środowisk, u nas są źródłem wzajemnej wrogości i nieufności.

Prezydent Andrzej Duda, wetując w lipcu ustawę o KRS, sprzeciwił się mechanizmowi, który w obecnej sytuacji, pozwalał jednemu klubowi w Sejmie obsadzić wszystkie miejsca w Radzie. Zamiast tego zaproponował wybór sędziów większością 3/5 głosów, co wymaga już konieczności poszukiwania przez partię rządzącą kompromisu z innymi siłami politycznymi.

Pomysł prezydenta, który z założenia ma dawać szerszą legitymację sędziom wybranym do KRS, z systemowego punktu widzenia jest niewątpliwie krokiem w dobrym kierunku. Może się co prawda zdarzyć, że jedna partia wygra wybory, osiągając taką przewagę w parlamencie, że sama będzie w stanie wypełnić kwalifikowaną większość 3/5. Biorąc pod uwagę rozkład głosów przy okazji dotychczasowych elekcji po 89. roku jest to jednak scenariusz bardzo mało realny.

 

Teoretycznie zatem propozycji prezydenta należałoby przyklasnąć i oczekiwać od parlamentu, że przychyli się do głosu rozsądku głowy państwa. Nie byłoby co do tego wątpliwości, gdyby Polska była krajem, gdzie wszystkie główne siły polityczne w pełni szanują wynik wyborczy i jest możliwość wypracowania w tak istotnych sprawach pewnego, niepodważalnego przez żądną ze stron, konsensusu rządzących i opozycji. Jest jednak zgoła inaczej. Największa partia opozycyjna Platforma Obywatelska wespół z .Nowoczesną niemalże od zwycięskich dla PiS-u wyborów usadowiły się na pozycjach „totalnej” opozycji, która próbuje przeciwdziałać realizacji przez większość sejmową niemal wszystkich poważnych reform systemowych, mobilizując obywateli do buntu oraz szukając pomocy za granicą.

 

Ciężko wyobrazić sobie próbę poszukiwania kompromisu z siłami, które sędziów Trybunału Konstytucyjnego, jednego z najważniejszych organów dla ustroju państwa, nazywają „pisowskimi”, odbierając TK moralne prawo do bycia strażnikiem konstytucji. Oczywiście, poza wyżej wymienionymi, w Sejmie są jeszcze formacje, które nie definiują swojej obecności w polityce w tak ostrej kontestacji obecnego rządu. Być może z ruchem Kukiz’15 czy Polskim Stronnictwem Ludowym udałoby się wypracować kompromis i znaleźć większość wymaganą do wyboru członków KRS-u. Bardziej realna jest jednak groźba wielotygodniowego klinczu w Sejmie. Do kwalifikowanej większości potrzebne są bowiem głosy zarówno kukizowców, jak i ludowców.

 

Trzeba to brać pod uwagę, szczególnie jeżeli mamy do czynienia z tak poważną reformą systemową, której żywotność powinna być obliczona na przynajmniej kilka następnych kadencji. Wysoce niekorzystną byłaby bowiem sytuacja paraliżu Sejmu przy okazji każdorazowych wyborów sędziów do KRS. Trudno bowiem mieć nadzieję na rychłą poprawę kultury debaty publicznej.

salon24.pl
Wikimedia Commons/Michał Józefaciuk
MR

Rzecznik prasowy Młodzieży Wszechpolskiej Mateusz Pławski w wywiadzie udzielonym internetowemu wydaniu „Do Rzeczy” zawarł tezy szokujące i nieakceptowalne. Co gorsza przedstawił je jako oficjalną linię całej organizacji, co każe zadać pytanie o to w jakim miejscu znajduje się dzisiaj Młodzież Wszechpolska i czy rzeczywiście jest kontynuatorką działań Związku Akademickiego Młodzież Wszechpolska założonego w 1922 r., do którego tradycji bezpośrednio się odwołuje?

Rzecznik Pławski został zapytany o hasło „czysta krew”, które znalazło się na jednym z transparentów niesionych przez uczestników Marszu Niepodległości. Zamiast odciąć się jednoznacznie od rasistowskiego hasła powiedział, że czynnik etniczny jest bardzo istotny i należy go akcentować. Dalej brnął jeszcze bardziej. Stwierdził, że Młodzież Wszechpolska opowiada się za separatyzmem rasowym, a osoba czarnoskóra nie mogłaby zostać, nie tylko członkiem jego stowarzyszenia, ale nawet zasłużyć na miano „prawdziwego” Polaka.

 

Słowa rzecznika są szokujące z kilku powodów. Po pierwsze, osoba, która jest odpowiedzialna za PR nie ma prawa publicznie i otwartym tekstem głosić tez wywołujących tak silne oburzenie społeczne, nawet jeżeli racje te uważałaby za słuszne. Wywiad z „Do Rzeczy” całkowicie obnażył brak obycia medialnego i instynktu samozachowawczego Mateusza Pławskiego. Nie wiem, jak taka osoba mogła zostać rzecznikiem prasowym, bądź co bądź, poważnej i dość licznej organizacji, działającej nieprzerwanie od 89 r.

 

To jest jednak kwestia formy przekazu, której opanowanie pozwala dobremu rzecznikowi zatuszować kwestie wywołujące kontrowersje. Znacznie większym problem jest sama treść przekazu Mateusza Pławskiego. Należy sądzić, że rzecznik był w tej rozmowie całkowicie szczery. A skoro tak, to spójrzmy do jakich tradycji ideowych można przyporządkować jego tezy.

 

Poglądy zaprezentowane przez Pławskiego nawiązują wprost do pseudonaukowych teorii rasistowskich, popularnych na przełomie XIX i XX w. Przede wszystkim do twórcy doktryny rasizmu, francuskiego etnologa Josepha Arthura de Gobineau, który opracował również zasadę czystości ras. W myśl koncepcji Gobineau biała rasa nie powinna mieszać się z innymi, gdyż grozi to jej degeneracją i upadkiem cywilizacji białego człowieka.

 

Teoretyczne założenia Gobineau stały się podwaliną chorej ideologii niemieckiego nazizmu i bezzasadnego przekonania o wyższości rasy aryjskiej. Koncepcje rasistowskie zyskały popularność także w innych częściach świata. Na nich oparty był ruch Ku-Klux-Klanu na południu Stanów Zjednoczonych czy partia Afrykanerów w Republice Południowej Afryki. Co istotne, rasizm stawał się istotną częścią nacjonalizmów laickich (jak w Niemczech), bądź powstałych w otoczeniu kościoła protestanckiego (USA).

 

W Polsce, gdzie idea narodowo-demokratyczna została zblatowana z myślą społeczną Kościoła katolickiego, teorie rasistowskie musiały zostać odrzucone. Wszelkie wątpliwości w tym względzie rozwiała rozprawa Kościół, naród, państwo, gdzie Roman Dmowski stwierdził, iż: „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznej mierze stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i od Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”. Wpływ Kościoła katolickiego, a przede wszystkim nauka o równości wszystkich ludzi, stworzonych na podobieństwo Boga, skutecznie blokował inkorporację założeń rasistowskich do polskiego ruchu narodowego. Temat ten chyba najlepiej w polskim piśmiennictwie naukowym przedstawił prof. Bogumił Grott w swojej znakomitej analizie „Nacjonalizm chrześcijański”.

 

Inaczej również definiowano samo „bycie Polakiem”. Przy marginalizacji kwestii etnicznych i „czystości krwi”, najważniejsza była samoświadomość. Stąd też „prawdziwym” Polakiem, a nawet narodowcem, mógł być każdy, kto przejawiał takie uczucia, bez względu na pochodzenie. W szeroko rozumianej Endecji nie zamykano drzwi przed działaczami o żydowskich korzeniach. Wystarczy wspomnieć choćby nazwisko Stanisława Strońskiego, posła na Sejm II Rzeczpospolitej z ramienia Ruchu Narodowego.

 

Na takich wartościach dojrzewał polski nacjonalizm, który zdał najtrudniejszą lekcję podczas II wojny światowej. Narodowcy organizowali pomoc dla żydowskich więźniów obozów koncentracyjnych, nieraz płacąc za to najwyższą cenę. Jedną z takich osób był Jan Mosdorf, prezes przedwojennego Związku Akademickiego Młodzież Wszechpolska, rozstrzelany za działalność konspiracyjną, prowadzoną na terenie Auschwitz.

 

Po przemianach ustrojowych i demokratyzacji polski ruch narodowy reaktywował się w legalnych ramach, nawiązując bezpośrednio do tradycji ideowych polskiej przedwojennej Endecji. Już w 1989 r. założono Młodzież Wszechpolską, która jednoznacznie akcentowała chrześcijański charakter polskiego nacjonalizmu. Niezależnie od tego, kto stał na czele MW, takie hasła, jak rasizm, separatyzm rasowy czy „czystość krwi” nie były przedmiotem rozważań.

 

Teraz ustami rzecznika prasowego organizacji dowiadujemy się, że Młodzież Wszechpolska traktuje polskość w kategoriach biologicznych, czyli zerwała nić ideową i intelektualną z pokoleniem przedwojennej Endecji, czerpiąc natchnienie z tradycji obcej polskiemu nacjonalizmowi, bądź przynajmniej ulokowanej na jego najbardziej skrajnych obrzeżach.

 

Mam nadzieję, że jest inaczej i słowa wypowiedziane przez Mateusza Pławskiego są emanacją jedynie jego własnych poglądów. Chciałbym, aby Młodzież Wszechpolska, do której mam sporo sympatii, została organizacją narodowo-katolicką, z wszystkimi tego konsekwencjami. Czekam na jednoznaczne stanowisko zarządu organizacji.

 

prostozmostu.pl
Wikimedia Commons/Lithium1989
Marcin Rezik